Duże zmiany u Agnieszki Radwańskiej. I to bardzo!

Nie będziemy tutaj pisać o meczu z Lucie Safarovą. Chociaż. Agnieszka Radwańska przegrała w dwóch setach, 5:7, 4:6 i odpadła w II rundzie wielkoszlemowego Wimbledonu. Zagrała spotkanie dużo lepsze od tego inauguracyjnego, ale Lucie była dziś naprawdę w gazie. To nie Agnieszka zagrała słabo. Po prostu Safarova zagrała swój tenis. Wystarczy.

Dużo lepszy mecz, niż ten w I rundzie. To jest też tak, że zawodniczka często dostosowuje się do gry przeciwnika. I tak tutaj było. Na pewno dobry mecz. Owszem, były piłki, które nie były wykorzystane, zwłaszcza przy setowych. Nie wiem, jak ten mecz by się skończył, ale gdyby to się inaczej potoczyło, to przebieg spotkania byłby zupełnie inny. Może byłyby dwa sety, a może trzy. Kto to wie. W takich meczach, gdzie każda piłka ma znaczenie to robi dużą różnicę. Na pewno takich piłek szkoda, ale to był dopiero pierwszy set. Ale na pewno szkoda tych niewykorzystanych piłek setowych – mówi Polka.

Volkl tennis

Największym zmartwieniem najlepszej polskiej tenisistki jest dyspozycja zdrowotna. Trzeba powiedzieć, że Polka przed Eastbourne w ubiegłym tygodniu nie rywalizowała przez długi czas na zawodowych kortach. Oczywiście, doszła tam do półfinału, wspaniały wynik, ale ani to nie pozwoliło odzyskać pełnego ogrania, ani jak przyznała sama Polka, nie przysłużyło się zdrowiu, bo sama myślała, że z Eastbourne wyjedzie trochę wcześniej. Taka intensyfikacja gry przed najważniejszymi meczami w sezonie nie wyszła jednak na dobre. Co więcej, Polka nie do końca wyleczyła uraz pleców, dokuczało jej też biodro. Zapobiegawczo podczas spotkania na korcie numer dwa krakowianka grała z tejpami na łydce i udzie. A do tego jeszcze przeziębienie i alergia. Jasne, nie ma co tak usprawiedliwiać przegranej, ale trzeba sobie uzmysłowić ile przeciwności losu Polka musiała pokonać, aby w ogóle w „swoim” Wimbledonie wystąpić.

Nawet nie jesteśmy sobie w stanie wyobrazić, jak bardzo bolesne dla sportowca są takie wydarzenia. Jakiś internetowy no name napisze/powie „To jej najsłabszy wynik od 2011 roku na Wimbledonie! II runda? Co tak słabo?”. Tutaj trzeba przytoczyć, i to bezzwłocznie, słowa Łukasza Kubota: „Tenis to sport przegranych”. Spójrzmy na to z tej strony. Spośród 128 kobiet wygrać może tylko jedna. Turnieje, nawet te najlepsze zawodniczki, wygrywają sporadycznie, rzadko zdarza się, żeby któraś z nich miała dłuższą serię zwycięstw. Konkurencja w tym sporcie jest tak wielka i tak duże finanse wchodzą w grę, że wychodząc na kort ten/ta po drugiej stronie siatki nawet nie pomyśli o odpuszczeniu. Będzie walczyć do ostatniego tchu, dręczyć, męczyć i gryźć, bez względu, czy wcześniej miała skręconą kostkę, naderwany mięsień, czy chorowała przez kilka dni w łóżku. W tenisie każdy wie o co gra i nie cofnie się ani na krok na drodze do wymarzonego celu.

W środę na korcie numer dwa nikt nie chciał bardziej wygrać meczu niż Agnieszka. Było widać po jej mowie ciała, zachowaniu i pełnym skupieniu, że jej myśli krążą tylko wokół jednego.

I paradoksalnie trzeba powiedzieć, że patrząc na poziom gry Agnieszki w drugim spotkaniu, można rzec, że powoli 29-latka wraca do wysokiej dyspozycji. Jednak na takim poziomie, przy tak szybko rozwijającym się tenisie, coraz większych prędkościach i zwiększającej się dbałości o nawet najmniejsze detale, nawet jeden procent poniżej optymalnych możliwości skutkuje utratą punktu. Wimbledon dla reprezentantów Polski w singlu zakończył się. Radwańska także odcina grubą linią wszystko to, co działo się do tej pory i z nowymi siłami, optymizmem i pomysłami wyruszy w dalszą tenisową podróż. Co to za pomysły?

Przede wszystkim całkowite przemodelowanie kalendarza. To nie Polka będzie się dostosowywać do startów. To organizatorzy imprez będą musieli się dostosować do niej. Jak to będzie wyglądać w praktyce? Decydenci wielkich turniejów kuszą różnymi przywilejami. Dla Agnieszki nie będzie to już miało znaczenia. Najważniejsze będzie jej dobro. Powiedziała otwarcie, że nie będzie grała jeżeli nie będzie na to w stu procentach gotowa. Będzie mniej grania. Nie pojedzie do San Jose, nie zgłosiła się do turnieju w Montrealu. Zagra w Cincinnati, New Heaven i Nowym Jorku. Polka nie ma absolutnie żadnego ciśnienia na punkty. Jak zwrócił uwagę mąż Polki Dawid Celt to już nie jest ten moment, by za nimi ganiać.

Inna sprawa to też podejście mentalne. Polka jest jedną z najbardziej doświadczonych tenisistek w tourze. Na samym Wimbledonie gra nieprzerwanie od 2006 roku (oczywiście seniorsko). Ciągła walka o pozostanie w czubie klasyfikacji WTA na pewno nie jest rozluźniającym zajęciem. Można to w pewnym stopniu porównać do pracy maklera giełdowego. Ciężko jest się wybić na szczyt, ale jeszcze trudniej na nim pozostać. Ostatnie dwa zdania to cytat z Borisa Beckera. Niezły był, trzy razy wygrał Wimbledon. A Agnieszka na szycie jest nieprzerwanie od kilkunastu lat. Że niby teraz jest trzydziesta? To nie ma znaczenia. Ale co tam, spróbujcie się do tej trzydziestki wbić. Da radę promil próbujących. Reszcie życia nie starczy. Wiadomo, że jak Agnieszka jest luźna i swobodna na korcie to potrafi się całkiem dobrze przemieszczać, zwłaszcza do boku. Mankamentem jest przesuwanie się za piłką do przodu i próbowanie wywierania presji.  Zwłaszcza w tych momentach, których wymaga tego sytuacja. Doskonale widać, że nie podejmowała decyzji, czy ryzyka. Zwłaszcza w tych ważnych, istotnych momentach. Na poziomie takim, jakim jest Lucie Safarova to samo się nie dogra. Musisz pomóc przeciwniczce, trzeba trochę presji dać, a tego brakowało w tych kluczowych momentach – podkreśla Dawid Celt.

Samopoczucie jest u Radwańskiej kluczem do jakiegokolwiek działania. Jak jest dobre samopoczucie, to wtedy można mówić o innych aspektach tenisowych. To też słowa Dawida Celta. I to chyba wyjaśnia wszystkie niejasności, czy niepewności względem Polki.

Kolejna sprawa to szybko zmieniający się tour. Martina Navratilova powiedziała niedawno, że jeszcze dziesięć lat temu wielkie faworytki miały dużo łatwiej niż dzisiaj. Po prostu przerastały resztę stawki o głowę pod wieloma względami. Dziś poziom umiejętności czysto tenisowych wyrównał się niesamowicie. O wygranej, bądź przegranej decydują tak małe szczegóły, że czasem tenisiści sami się z tego śmieją. Ale szczególnie w tenisie kobiecym emocje i przygotowanie mentalne odgrywają zasadniczą rolę.

Błąd można popełnić, ale tam zabrakło zdecydowania. Mamy przeróżnych ludzi do tego, żeby pomagać jej w przygotowaniach, aby miała jak najwięcej wsparcia. Koniec końców to Agnieszka wychodzi na kort i to ona musi mieć w głowie wszystko poukładane i być gotową do rywalizacji. W momencie kiedy jest nie gotowa, przede wszystkim mentalne do tego, żeby grać to myślę, że w jej przypadku lepiej sobie zrobić troszkę wolnego i przygotować się do kolejnych startów – mówi Celt.

I to chyba klucz do zrozumienia obecnej sytuacji Polki. Kolejna ze zmian: Polka nie zagra już NIGDY na ceglanej mączce. Jasne, ktoś powiedziałby – pozbawia się szansy na wiele punktów. Niby zgoda, ale chyba już wyjaśniliśmy. Punkty to nie wszystko.

Dużej przerwy po Eastbourne niestety nie miałam. Jak się przegrywa w pierwszym tygodniu, to na pewno nie jest to przyjemne. Ten rok nie jest niesamowity, tym bardziej, że jestem po przerwie. Może gdybym była bardziej świeża, czy miałabym trochę inne losowanie to potoczyłoby się to trochę inaczej. Ale nie kombinuję. Może gdyby to było pięć lat temu, czy sześć to bym na to zupełnie inaczej patrzyła. I zupełnie inaczej reagowała, niż teraz. Ale chyba już nie te lata. Na to ile zagrałam w Eastbourne to dziwię się, że dziś jestem w jednym kawałku. Czuję się zmęczona, ale czasem bywa tak, że brakło tej sekundy na reakcję. Chciałam wykorzystać każdy mecz i grałam w każdym z nich na sto procent. Wszystkie te mecze zagrałam dobrze. Poza tym pierwszym, gdzie przeciwniczka nie zagrała wielkiego spotkania. Na pewno na plus, mimo że była duża przerwa to nie wypadłam z rytmu meczowego. To też mnie trochę zaskoczyło, bo wychodząc na kort nawet nie czułam, że mam przerwę. Mam nadzieję, że będzie lepiej – mówi Polka.

Proszę pomyśleć. Ponad dwadzieścia lat na korcie, ponad dziesięć w zawodowym tourze. Na brak stresu też nikt nie narzeka. Bo tempa i intensywności tenisowego życia tak naprawdę nie można z niczym porównać. Jakiś czas temu Nick Bollettieri powiedział, że on, choć to środowisko kocha, a nawet przyczynił się do jego stworzenia, to cały czas nie mógłby funkcjonować na sto dwadzieścia procent, dwadzieścia cztery godziny na dobę. Tak na dobrą sprawę jedenaście i pół miesiąca w roku. A wszyscy, którzy wybrali życie z rakietą w ręku muszą. Radwańska już tyle osiągnęła, że w jej przypadku moglibyśmy trochę nagiąć zasady gry i powiedzieć: – Ona nic nie musi. I tak jest w istocie. Ale mimo tego wszystkiego ona nadal chce. I chwała jej za to, bo za kilka (oby -naście- przyp. red.) lat może przyjść taki moment, że Polaków w drabince głównej turnieju wielkoszlemowego będziemy oglądać od święta. I najgorsze w tym wszystkim jest to, że dopiero w takim krytycznym momencie cała tenisowa Polska zamiast narzekać, że „Radwańska przegrała” będzie ze łzą w oku wspomniać jej najbardziej pamiętne spotkania. Kilkanaście z nich jeszcze na pewno przed Polką. Państwa też by pewnie bolało, gdyby miliony osób oceniałyby negatywnie coś w co się włożyło całe serce i jeszcze więcej. A takie osoby jak Radwańska, wielkie postaci tenisa, ale i osoby publiczne, oceniane są tysiąc razy dziennie. I jak tu się nie przejmować?

Nie chcę mówić, że będziemy wygrywać Wimbledon i US Open. Chcemy grać, chcemy, żeby grała jak najdłużej, żeby ta głowa miała cały czas jak najwięcej energii, żeby samopoczucie było dobre, zdrowie dobre, przede wszystkim, żeby nie było żadnych kontuzji. Jeśli to będzie, jak będzie trochę pewności siebie, to wierzymy, że cały czas stać ją na wygrywanie spotkań z dobrymi dziewczynami – kończy Dawid Celt.

I tą myślą zakończmy, bo przed Agnieszką jeszcze przecież nie jeden Wimbledon.

 

Z Londynu dla TenisNET: Piotr Dąbrowski