Agnieszka Radwańska: Wimbledon to turniej wyjątkowy!

1877

Z jedną z najwybitniejszych tenisistek w historii tenisa Agnieszką Radwańską rozmawiamy o turnieju Legend na Wimbledonie i jak podtrzymać formę nawet wtedy, gdy nie gra się w tenisa tydzień po tygodniu.

Brakowało Pani Wimbledonu?

Cieszę się, że tutaj jestem i po raz kolejny otrzymałam zaproszenie do gry. Z jednej strony wiadomo, że tutaj jest wszystko z przymrużeniem oka, aczkolwiek wiadomo, że każda z nas wychodzi po to, żeby wygrać. Nikt nie lubi przegrywać, nawet w Turnieju Legend na Wimbledonie. Przede wszystkim wspaniale ponownie poczuć atmosferę tego turnieju, bo Wimbledon jest wyjątkowy. Zobaczyć mecze na żywo, również naszych tenisistów to zawsze coś interesującego. Wiadomo, że sport na żywo znacznie różni się od tego w telewizji. Fajnie, że można zobaczyć Igę, Huberta i innych Polaków. Taką pełną parą zaliczyć Wimbledon. Wcześniej to wiadomo, że najpierw grałam mecze, potem odpoczynek, fizjo i inne rytuały, a teraz można naprawdę się tym napawać, a spędziłam już tutaj 10 dni.

Ze zdrowiem troszkę lepiej?

Jest nieco lepiej, aczkolwiek nie wiem, co tutaj stało się z jedzeniem, ale jest dużo zatruć, w tym niestety ja. Cztery dni miałam naprawdę ciężkie. Dzisiaj jest pierwszy dzień, gdzie czuję się dopiero normalnie i na tyle dobrze, że wstałam i mnie nie mdliło. Czasem tak bywa. Z drugiej strony ambicja wciąż nie pozwalała mi nie wyjść na kort. Tutaj to już takie zboczenie zawodowe jest i będzie pewnie. Mimo tego, że mogłam nie wychodzić, a naprawdę czułam się fatalnie, to chciałam grać. Na to, jak się czułam to i tak grałam naprawdę nieźle. Partnerka na pewno była nieprzygotowana do tego turnieju, bo myślę, że nie zdawała sobie do końca sprawy, że gramy na serio i przyjeżdżając na Legendy, to każda z nas jest w treningu, w formie. Mniejszej lub większej, ale jest. Ona nie grała w tenisa w ogóle, co potem odczuła ewidentnie i nie chciała już wyjść za bardzo na trzeci mecz. Wyszło, jak wyszło, dość średnio, bo wiadomo, że ludzie przychodzą na mecz, chcą zobaczyć trochę tenisa. I ona sobie z tego nie do końca zdawała sprawę.

Nie miałaby Pani nic przeciwko temu, żeby więcej Turniejów Legend odbywało się podczas nie tylko Szlemów, ale również np. imprez WTA 1000?

Myślę, że to byłby naprawdę dobry pomysł. Jest naprawdę sporo zawodników i zawodniczek 35-45-letnich, uznanych, którzy nadal byliby w stanie rozgrywać fajne spotkania. Uważam, że ten dzisiejszy mecz był zagrany na bardzo wysokim poziomie, ciekawie się to oglądało i było fajne dla oka. Jest mnóstwo nazwisk, które też jeszcze przyciągają. Wiele osób chciałoby zobaczyć tenisistów, którzy pokończyli już kariery. Są obiekty, turnieje, gdzie jest mnóstwo kortów i można spokojnie coś takiego zorganizować. [Rozgrywki męskie mają turnieje legend w ramach ATP Champions Tour, WTA takich wciąż nie posiada, organizując tylko kilka takich wydarzeń w roku]. Nie musi to być tak duże, jak tutaj na Wimbledonie, tylko trochę mniejsze, jak na przykład w Australii. Ja z czystą przyjemnością zagrałabym kilka turniejów w roku, odwiedziła stare śmieci. Bardzo żałuję, że nie ma tego typu wydarzenia np. w Nowym Jorku, bo również bym się z chęcią wybrała. Ale uważam, że Indian Wells powinno być takim miejscem. Po pierwsze Amerykanie kochają debla. Oni częściej chodzą nawet na debla niż na singla. Oni tym żyją, bo sami grają w grze podwójnej. Kortów tam jest mnóstwo. To też impreza, która trwa dwa tygodnie. Przepiękne miejsce, wszyscy się spokojnie mieszczą, bo obiekt jest cudowny, to przecież tzw. piąty turniej wielkoszlemowy. Są takie miejsca, gdzie aż się prosi, żeby zorganizować tego typu wydarzenie.

Forma nadal jest wysoka. Trenuje Pani dosyć regularnie?

Tak, ja nie trenuje może dużo, ale regularnie. To jest najważniejsze, bo jak się robi coś powtarzalnie, to wiadomo, że jest się fit i można zagrać tak naprawdę na każdym poziomie. Nawet singla. Choć oczywiście nie seta na takim poziomie, jak na przykład wychodząc na mecz z Jabeur, ale zagrać pełen trening i odbyć z kimś sparing. Pewnie też bym dała radę, ale to dla samej siebie. Ja się dobrze z tym czuję, że jestem w treningu, w formie, przygotowana. Czuję się również bezpiecznie, bo jest mniejsza szansa, że zrobię sobie krzywdę. Wiele dziewczyn sobie z tego nie zdaje sprawy. W tamtym roku moja partnerka [finalistka US Open 2008 Jelena Jankovic] zerwała sobie ścięgno Achillesa po październikowym turnieju w Luksemburgu. Gram w tenisa, w padla, chodzę na siłownię. Wszystko raz w tygodniu, żeby fizycznie i psychicznie czuć się dobrze i nie przegiąć. Robię to regularnie, może nie codziennie. Co więcej, mam też problem z barkiem i muszę o niego dbać. Nie może być tak, że będę miała miesiąc przerwy, a potem mam grać codziennie, bo bym już w ogóle na ortopedii skończyła. I tak miałam zastrzyk przed Paryżem, bo już było źle niestety. Ale czuję się dobrze, w formie. Trening mogę z każdym zagrać.

Ciekawą rozmówczynią okazała się również dwukrotna mistrzyni wielkoszlemowa Li Na, która podkreślała, że to dla niej wielkie wyróżnienie grać w parze z Agnieszką Radwańską oraz powrócić na Wimbledon, choć już w innej roli.

To dla mnie wspaniałe wydarzenie. Móc wrócić na Wimbledon i jeszcze do tego grać z Agnieszką Radwańską. Coś niesamowitego. Omawiałam z nią plan na każde spotkanie i oczywistsze miała swoje uwagi, ale dogadałyśmy się (śmiech). Dla mnie to było dosyć proste się do niej dostosować. Trochę trenowałam, ale debel to przede wszystkim po prostu dobra zabawa. Przyjeżdżamy tutaj po to, żeby bawić się tenisem i czerpać radość z przebywania na korcie Wimbledonu. Mam stąd naprawdę przepiękne wspomnienia. To zupełnie inny turniej dzisiaj, niż wtedy kiedy grałam tutaj zawodniczo. Wtedy było dużo presji, o wiele bardziej się stresowałam. Dziś po prostu się tym bawię, bo przecież przede wszystkim o to w tego typu wydarzeniach chodzi. O dobrą zabawę. Ale świetnie też zobaczyć moje dawne rywalki z kortu i powymieniać się spostrzeżeniami. Przez tyle lat sporo się u nas pozmieniało.

Rozmawiał w Londynie: Piotr Dąbrowski