Tomasz Berkieta: Wiem, że z moją grą stać mnie na czołówkę rankingu ATP!

1591

Z najlepszym polskim juniorem Tomaszem Berkietą rozmawiamy o Wimbledonie i o tym, jakie to uczucie leżeć na zielonej trawie po awansie do ćwierćfinału.

Mało jest osób w historii polskiego tenisa, które grały w Wimbledonie, a jeszcze mniej tych, które w nim wygrywały. W pierwszej rundzie wymagający rywal, a do tego jeszcze przedstawiciel gospodarzy.

Niewątpliwie nie mogę powiedzieć, że był to najłatwiejszy mecz, tak pod względem fizycznym, jak i mentalnym. Wyszedłem na kort w miarę wyluzowany. Byłem nawet zaskoczony tym, że nie jestem aż tak spięty, jak byłem na poprzednich turniejach wielkoszlemowych. Ale po pierwszym gemie, gdzie przeciwnik zaserwował trzy asy, troszeczkę się to zmieniło i faktycznie zacząłem być bardzo zdenerwowany. Wiadomo, że w I rundzie rywal miał kibiców za sobą, a do gry na trawie przygotowywał się już od co najmniej czterech tygodni, więc mając znacznie większe doświadczenie na tej nawierzchni. Ja też do końca nie byłem pewny tego, jak będę się zachowywał mentalnie i jak będę odczuwał skutki grania na turnieju wielkoszlemowym, tym bardziej że po Rolandzie miałem pewne wątpliwości w głowie. Jednak trochę ten mecz zabolał, bardziej niż myślałem, że zaboli. Cieszę się, że udało mi się trochę wyjść z nerwów i uspokoić pod koniec pierwszego i drugiego seta, także jestem bardzo zadowolony.

Wcześniej grałeś jeszcze w Roehampton w turnieju przygotowującym do Wimbledonu.

Faktycznie, trawa na poprzednim turnieju była troszkę dłuższa, co powodowało, że piłka się bardziej ślizgała i niżej się odbijała. Szczerze powiedziawszy, to zupełnie inna gra. Tam z kolei serwis nie był taką bronią, jaką się spodziewałem, że będzie. Na Wimbledonie jest natomiast podstawowym uderzeniem. Faktycznie trzeba po prostu wyczekać moment, w którym przeciwnik będzie miał słabszy serwis i wtedy uderzyć, postarać się przełamać, bo to też nie jest takie proste. Nawet jak jest słabszy gem.

Wimbledon to tradycja, wielka tenisowa kultura. Wchodząc na ten obiekt, poczułeś dodatkowy stres, czy wcześniejsze doświadczenia z turniejów wielkoszlemowych pozwoliły ci spokojnie do tego wszystkiego podejść?

Szczerze mówiąc, myślę, że po Australii nic mnie już nie zaskoczy. Zdecydowanie Australia jest moim ulubionym turniejem pod względem organizacji, czy przywilejów dla juniorów. Tutaj i na Roland Garros faktycznie nie mamy aż takich przywilejów, że możemy wchodzić do szatni zawodniczej i jesteśmy odsuwani od seniorów. To jest minus, ale wiadomo, że Wimbledon to jest jednak tradycja najstarszego turnieju na świecie i wyjątkowa nawierzchnia – trawa. Odczuwa się tę wyjątkowość, pewną magię tych kortów. Wchodzimy do stref, gdzie widzowie, czy kamery nie mają wstępu, ale zakamarki Wimbledonu nie są jednak wybitnie ciekawe. Nie możemy wejść wszędzie, więc nie mogę powiedzieć, że jestem zachwycony organizacją, aczkolwiek wiadomo, że turniej wielkoszlemowy to jest jednak inny poziom względem pozostałych imprez.

Coś Cię w Wimbledonie zaskoczyło?

Raczej nie. W Australii już zobaczyłem wszystko, co miałem zobaczyć. Tam faktycznie długo przebywałem i widziałem najlepszych zawodników od czwartej rundy. Widziałem, jak oni grają, więc tak naprawdę niewiele się to różni od nas. Cały czas jest to samo, oni nic więcej nie robią, poza swoimi schematami treningowymi. Ale faktycznie, przygotowanie na trawie jest zupełnie inne. Rozgrzewka przed treningowa, czy meczowa to dużo więcej poruszania się na zgiętych nogach, takiego typowo pod trawę, żeby faktycznie była stabilność na nodze. Z jednej strony jestem bardzo zadowolony i robi to wszystko na mnie duże wrażenie. Ale z drugiej trochę rozczarowany, że jest ich tak mało w porównaniu do tego, co mają seniorzy. Zawsze jednak dążyłem, by grać na takich kortach i nastawiałem się na to od nie wiem jak dawna. Od początku moje zawodowe myśli cały czas krążyły wokół turniejów wielkoszlemowych. Wiadomo, że jest to ten poziom, do którego dążę, Jestem tu, a to już jest bardzo fajne, na pewno niezapomniane przeżycie.

Zobaczyłeś cokolwiek w Londynie?

Nie ma niestety za dużo na to czasu. Ale nie za bardzo lubię czy to przed, czy w trakcie imprezy zwiedzać miasto. Wolę być bardziej nastawiony na turniej, bez rozpraszania się za bardzo. Ale po turnieju mamy plan, żeby coś zwiedzić, ale to już zależy od osiągniętego wyniku tutaj.

Polubiłeś się już z trawą?

Trochę tak, ale dalej nie ma tej pewności siebie, która jest na hardzie, czy nawet na mączce. Trawa jest dla mnie w dalszym ciągu obcą nawierzchnią Myślę, że musiałbym zagrać jeszcze z trzy tygodnie na trawie, żeby poczuć się na niej jak u siebie w domu. Z dnia na dzień jest coraz lepiej, co mnie cieszy i czekam na następne mecze z dużą niecierpliwością. Na pewno nie można powiedzieć, że jestem w słabej formie. Cieszę się, że wyciągnąłem się trochę z tenisowego dołka, bo niewątpliwie ostatni okres na ziemi nie był za bardzo udany. Teraz zacząłem już nowy rozdział w tenisowym życiu. Na pewno nie można powiedzieć, że serwis mi przeszkadza. Parę razy uratował mi tyłek. Istotnie pierwsze podanie jest tutaj dużą bronią i ten, kto ma słabszy serwis, to nie wiem co by się musiało stać, żeby zaszedł na Wimbledonie dalej. Ja nie odczuwam aż tak siły mojego podania. Przeciwnicy na pewno zdecydowanie bardziej (śmiech). Ja wiem, że przełamali mnie raz, także na razie jestem bardzo zadowolony z serwisu i mimo tego, że bardzo dobrze przeciwnik returnował to udało mi się ten serwis utrzymać do końca i zrealizowałem cel, który sobie postawiłem, żeby jak najbardziej wykorzystywać serwis, który jest tak naprawdę ogromną bronią na tych kortach. Nie wiem dlaczego, ale intuicyjnie wiem, jak się serwuje na trawie. Czuję co należy zrobić i co przeciwnikowi nie podpasuje.

Teraz pokonałeś Rodrigo Pacheco Mendeza, jednego z najlepszych juniorów świata.

Moim zdaniem rankingi, czy rozstawienia nie za bardzo się liczą, bo wszystko zależy od dyspozycji dnia. Ja mogę pokonać tak naprawdę każdego, a każdy może pokonać mnie na tym turnieju, więc cieszę się, że na razie mam po prostu dobre dni i gram w miarę dobrze. Mam czasami przestoje, ale przeważnie jest całkiem nieźle. Końcówka trochę nerwowa, gdy przełamałem go w pierwszym gemie trzeciego seta to już miałem w głowie takie: „No dobra, trudno, ten serwis jego już tam pal sześć, mogę przegrać, ale koncentracja przy moim podaniu”. I to się udało zrealizować i dokończyć moim podaniem ten mecz.

Co pomyślałeś sobie leżąc na trawie Wimbledonu po awansie do ćwierćfinału?

W tym momencie pomyślałem sobie, że „W końcu to zrobiłem!”. Faktycznie w drugim secie trochę wiara mnie opuściła, bo to był bardzo nieprzyjemny przeciwnik. Miałem po prostu chwile zwątpienia. Szybko nadrobiłem to swoją dobrą grą i przezwyciężyłem ten moment. Zdecydowanie to był najtrudniejszy mecz. To był zawodnik, którego najbardziej nie lubię, czyli biegający do każdej piłki i mimo tego, że trawa jest szybkim kortem, to jednak było bardzo ciężko go skończyć. Kompletnie się tego nie spodziewałem, że doskoczy do mnie w pierwszym secie. Nie odpuszczał żadnej piłki i do każdej z nich dobiegał i jeszcze odgrywał. A one wcale nie były takie łatwe do skończenia. W pierwszym secie trochę się wystrzelałem, ale niewiele tam brakowało, abym wrócił do gry. Ale na szczęście w drugim i trzecim secie złapałem te dobre momenty, wykorzystałem je i wygrałem.

Ćwierćfinał tutaj to był plan minimum, czy żadnego innego rozstrzygnięcia niż zwycięstwo, jak każdy zawodowy sportowiec, nie bierzesz pod uwagę?

Jadę na turniej, żeby go wygrać. To jest główny cel i takie jest zawsze moje nastawienie przed turniejami. Ostatni sezon na mączce nie był najlepszy i trochę to siedziało w głowie. Przyjechałem po prostu grać z meczu na mecz i nie za bardzo nawet myśleć o wyniku. Pojechać, zagrać i zrobić swoje. Osiągnąć jak najlepszy rezultat, wrócić do domu i odpocząć. Faktycznie, jestem już trochę psychicznie zmęczony po niełatwym mączkowym sezonie. Nie jest to łatwe, gdy ma się kiepskie wyniki. Tym bardziej cieszę się, że tutaj udało mi się przełamać tę złą passę.

Teraz podchodzisz do kolejnych meczów po prostu na luzie?

Tak, zdecydowanie. Zawsze fajnie dojść do momentu, w którym można powiedzieć, że było się w ćwierćfinale, półfinale, czy finale. To brzmi znacznie lepiej niż druga, czy trzecia runda. Może to dla innych mała rzecz, ale dla mnie osobiście ćwierćfinał, a trzecia runda to jest bardzo duża różnica i cieszę się, że mogę powiedzieć, że jestem ćwierćfinalistą juniorskiego Wimbledonu. Na razie.

Jesteś tutaj z rodziną?

Tak jesteśmy tutaj w komplecie. Z mamą i tatą. Dawno nie zrobiliśmy tak na turnieju, więc tym bardziej się cieszę, że już taki wynik zrobiłem. Ze mną są trenerzy z akademii hiszpańskiej, ale są oni z drugim zawodnikiem i z uwagi, że rozważamy możliwość przejścia do tej akademii, to trochę ze sobą współpracujemy. Tam oczywiście jest bardzo wielu zawodników, z którymi można grać, którzy są na podobnym do mojego, bądź zbliżonym poziomie. Coś, czego mi teraz najbardziej brakuje, czyli umiejętności gry na mączce, najłatwiej czerpać od Hiszpanów. Najlepszy zawodnik na mączce w historii jest Hiszpanem. Uważam, że to jest dobry krok w celu poprawienia regularności gry i cierpliwości na korcie. W tenisowym języku jest takie pojęcie jak „hiszpańska rzeźnia” i to jest trafne określenie. Parę tygodni treningów jest już w stanie poprawić znacząco moją grę Był również pan Bartosz Witke, który pomaga nam otwierać niektóre drzwi. Jest wielką pomocą, dużo rzeczy organizuje i jestem mu za to bardzo wdzięczny.

Widzisz siebie w niedalekiej przyszłości w tenisie seniorskim?

Każdy junior patrzy na nich i stwierdza, że tam będzie. Każdy z nas ma to samo w głowie i nieważne kogo się spyta, to każdy powie, że w trzy lata będzie grał na poziomie turniejów seniorskich ATP. Patrząc na nich, przyglądając się jak bardzo są uwielbiani przez innych, to mam jeszcze większy kop motywacyjny, że naprawdę chciałbym to robić i chcę być tam, gdzie oni. Jeżdżenie na turnieje wielkoszlemowe coraz bardziej pogłębia we mnie przekonanie, że chce być tenisistą i to jest to co chcę robić w życiu. Dużo osób mówi, że jestem już pod względem gry na tym poziomie, ale oczywiście nadal muszę pracować mentalnie. Podtrzymywanie gry, poprawianie drobnych elementów, bo to już nie ten moment, kiedy pojawiają się duże błędy w mojej grze. Raczej chodzi o cierpliwość, regularność i jak największa ilość piłek odbitych na treningach oraz pracowanie nad strefą mentalną. Wiadomo, że ja szybciej się podpalę, niż seniorzy, którzy zagrają wymianę dwudziestu uderzeń, a ja zagram takich dziesięć i stwierdzę, że teraz strzelę po linii, bo uznam, że jest to na pewno piłka na winnera. Czasem trafię, czasem nie. Taki all-in. To jest największa różnica. Sam to odczułem, grając ostatnio na challengerze w Poznaniu, czy futuresach. Czuć po prostu, że seniorzy są doroślejsi, jeśli chodzi o głowę i oni potrafią przetrzymać jeszcze jedną piłkę więcej.

Jak wygląda twój sztab?

Na razie moim głównym trenerem jest Kim Tiilikainen, a obok tata i jeszcze bardziej będzie moja mama, która mam wrażenie, że będzie zawsze wszystko nadzorowała. Mama zna mnie od zawsze i wie doskonale, co pomoże w danym momencie. W tym zakresie mam do niej pełne zaufanie, jeżeli chodzi o technikę, czy ogólnie o grę. Wiadomo, że taktycznie nie była zawodnikiem na tyle dobrym, żeby poznać tajniki taktyczne, ale myślę, że technicznie jest bardzo dobra.

Masz jakieś swoje rutyny?

Przed meczem włączam muzykę i zapominam o bożym świecie, ale gdy wyłączam ją to świat powraca ze zdwojoną siłą, więc przestałem to robić, bo stwierdziłem, że to nie jest do końca efekt, którego oczekiwałem. Ja nie staram się odłączać od świata, a na korcie zdecydowanie lubię interakcję z publicznością. Żyję ich energią i od nich ją czerpię. Im jej więcej, tym lepiej gram. Czasami są momenty, w których wyłączam się kompletnie i nic nie słyszę. Wtedy przeciwnika nie ma, jestem sam na korcie. Dążę do tego, żeby ten moment trwał przez cały mecz, bo wtedy najlepiej gram i skupienie jest na bardzo wysokim poziomie. Czasem interakcja z publicznością jest dobrym elementem, więc staram się trochę jednego i drugiego wplatać w mecz. Przykładowo bardzo mi się podoba jak po niektórych piłkach reaguje Sasha Zverev, który należy do moich ulubionych tenisistów. Ale ja jak czuję potrzebę wydarcia się „Come on!”, niezależnie od tego czy przeciwnika to denerwuje, to po prostu to robię, bo mam na to ochotę. Gdy miałem 12, czy 14 lat to wiadomo, Pięść w twarz przeciwnika i lecimy z wiązanką dobrych słów. Nie przekleństw! Im starsi jesteśmy, tym mniej się tego robi. Bardziej robi się to dla siebie. Mnie pozwala to wyrzucić zarówno tą pozytywną, jak i negatywną energię. Nie współpracuję z psychologiem i uważam, że nie jest to droga dla mnie. Nie wiem, czy miałbym cierpliwość, żeby usiedzieć i rozmawiać godzinę z kimś, kto tak naprawdę jest dla mnie obcy. Psycholog dąży do bycia jak najbliżej zawodnika, ale przez pierwsze pół roku dla mnie byłaby to osoba obca i nie potrafiłbym z nią rozmawiać. Nie potrafiłbym się otworzyć, a nie jestem raczej osobą, która jest strasznie otwarta na nowe znajomości i omawianie moich słabości. Nigdy nie lubiłem psychologów i uważałem to za zbędną rzecz.