Do… czterdziestu siedmiu razy sztuka. Alicja Rosolska w półfinale Wimbledonu

47. Słownie: czterdzieści siedem razy Alicja Rosolska próbowała na turnieju wielkoszlemowym sięgnąć ćwierćfinału. Udało się dopiero w lipcu 2018 roku, kiedy to na Wimbledonie znalazła się już w 1/2 rozgrywek. Dla sympatycznej warszawianki to największy sukces w karierze. Zaraz. Wróć. Ala sama nas poprawia i podkreśla, że co tam jakiś półfinał Wimbledonu. Ona zawsze najlepiej wspominać będzie finał mistrzostw Polski w deblu wraz ze swoją siostrą Aleksandrą. Pierwsze „rodzinne” mistrzostwa Polski do lat dwunastu. Takie mecze dawały kopa i wielką radochę, żeby grać dalej. Gdyby nie tamte mecze, gdyby nie ta radość, że nie muszę, a chcę grać w tego tenisa, a nie że rodzice naciskają. To jest naprawdę przyjemność. Ale teraz Wimbledon będzie najważniejszy – opowiada Polka.  W jednym z archiwalnych wywiadów siostra najlepszej polskiej deblistki w ten sposób opisuje jak to jest być siostrą najlepszej polskiej deblistki.

Sama przyjemność. Cieszę się, kiedy coś się jej uda. Nie ma między nami żadnej rywalizacji. Kiedy tylko mogę, staram się Alę wspierać. Nie mamy jednak za wiele czasu dla siebie, bo ona ciągle w rozjazdach. Staramy się jak najlepiej wykorzystać te dwa miesiące przerwy między sezonami – na wspólne zakupy, jakieś ploteczki, wszystkiego po trochu, ale ja też mam swoje zajęcia i sprawy do załatwienia.

Sama Alicja była trochę zaskoczona, że tyle tych występów na turniejach wielkoszlemowych się uzbierało.

Dziękuję, że ktoś w końcu policzył, że to 47 występów na wielkoszlemowych turniejach. Nawet nie wiedziałam ile ich było i jak zobaczyłam numer czterdziesty siódmy, szczęśliwy to się zaczęłam sama z siebie śmiać. Mówi się do trzech razy sztuka, potem jakieś trzynastki, a ja czterdzieści siedem. Ciekawa liczba. Abby ma doświadczenie z półfinałów tej rangi imprez. Zna już to uczucie. Z drugiej strony czuję duże wsparcie od Cary Black i jej męża. Przed każdym meczem rozmawia z nami i nas wspiera. Mówi, że jesteśmy w stanie wygrać z każdą parą. To nam dodaje pewności siebie. Wychodzimy na kort i cieszymy się, walczymy i to daje dobre efekty.

Polka zagrała na korcie numer dwa, trzeciej co do wielkości areny Wimbledonu. Było naprawdę bardzo przyjemnie grać na takim korcie. Bardzo dużo osób przyszło oglądać nasz mecz. Była bardzo fajna atmosfera. Mieliśmy parę naprawdę fajnych wymian wolejowych i potem aplauz z trybuny. Naprawdę aż miło przy takiej publiczności zagrać. Na tym większym korcie jest hawk-eye, więc zawsze fajnie, że można się pewniej poczuć.

Rosolska została członkinią elitarnego „Wimbledon Last Eight Club”. Prawo przynależności do tego towarzystwa zapewnia singlowy ćwierćfinał, deblowy półfinał lub mikstowy finał. Pomysł został zapoczątkowany w 1986 roku, oczywiście na Wimbledonie, aby uhonorować stulecie istnienia turnieju. Od 2001 roku zaostrzono przepisy co do miksta, bowiem od tamtego momentu tylko finalista zmagań zostawał członkiem stowarzyszenia.  W historii występów polskich tenisistów na turniejach wielkoszlemowych tego zaszczytu dostąpiło w erze Open tylko pięcioro polskich zawodników – Agnieszka Radwańska, Jerzy Janowicz, Łukasz Kubot, Klaudia Jans-Ignacik oraz od 11 lipca 2018 roku także Alicja Rosolska. Jakiego rodzaju są to przywileje?

Na przykład na US Open są to bilety, zakwaterowanie, transport i miejsce w loży prezydenckiej. A także akredytacja turniejowa dla zawodnika i dla osoby towarzyszącej. Na amerykańskim turnieju corocznie obecnych jest około 150 spośród przynajmniej 600 członków klubu. Taka mistrzyni French Open 1978 Virginia Ruzici należy do wszystkich czterech elitarnych stowarzyszeń. Partnerka Polki Abigail Spears jest wśród członków trzech „Last 8 Club”. Ale jeszcze ciekawsze jest co jej się w tym najbardziej podoba. „Pewnie, że kosmetyczka, razem z szamponem i odżywką opatrzonym logo Wimbledonu„.

To coś czym można się cieszyć dopiero po zakończeniu kariery, bo wcześniej masz tyle zajęć, że po prostu nie ma na to czasu – mówi Stan Wawrinka, który należy do wszystkich czterech klubów.

Właśnie się dowiedziałam od męża Cary Black. Naprawdę? Wtedy poczułam tą różnicę, to jest coś innego niż do tej pory. A to jednak jest taki całkiem fajny prezent. Ja tego jeszcze nie czuję, ale jestem bardzo zadowolona – mówi Rosolska.

Wracając do samego spotkania Polka była bardzo zadowolona z dyspozycji swojej i swojej partnerki.

Pierwszy set był bardzo dobry i bardzo zacięty. Tak naprawdę do ostatnich piłek nie wiadomo było, która drużyna wygra tego pierwszego seta. Każda z nas dała z siebie wszystko żeby wziąć tego pierwszego seta. Chciałyśmy od drugiego seta jak najszybciej przełamać. Później miałyśmy już na dobrej drodze. Potem  przyszła trochę stracona koncentracja, przegrałyśmy mój serwis. Dziewczyny powróciły do gry, zaczęły znowu wierzyć i walczyć. Musiałyśmy się wziąć w garść i walczyć o każdy punkt. Walczyłyśmy do końca i to się opłaciło. Czułam się naprawdę bardzo dobrze.

Polka opowiada także o tym dlaczego turniej Wimbledonu jest taki wyjątkowy i dlaczego… nie może spać.

Nie czulam ze to jest turniej wielkoszlemowy . Czułam się naprawdę bardzo dobrze dopóki nie trzeba było zgasić światła i trzeba było iść spać. Północ, pierwsza, druga, trzecia, a ja nie śpię. Zmieniałam pokoje, łóżka. Dopiero około piątej poszłam spać. Widać było, że byłam już gotowa, chciałam już grać. Nie mogłam się doczekać aż wyjdę na kort. Ale też wiedziałam, że muszę być wypoczęta. Mój mąż powiedział, że jestem jedyną zawodniczką, która bez spania może wyjść na mecz. Bardzo się cieszę, że mogę tutaj grać i wygrywać. To marzenie nie tylko moje, ale każdego kto gra w tenisa. Dla mnie to jest zaszczyt, że mogę tutaj występować i za każdym razem, jak wychodzę na kort jestem z tego bardzo dumna. Jeszcze nie sprawdzałam ile dostanę punktów za ten wynik, ile pozycji mogę skoczyć, ale już po pierwszej rundzie podjęłam decyzję, że jednak nie pojadę do Bukaresztu tylko zrobię przerwę, bo na trawie dużo meczów zagrałyśmy, więc stwierdziłam, że na spokojnie potrenuję w Warszawie, a stamtąd dopiero do USA. Bardzo się cieszę z tej decyzji, bo na pewno po Wimbledonie będę zmęczona.

Polka w ostatnim czasie zmieniła model rakiety. Co ważne, jej główka jest nieco większa niż poprzedniego modelu, którego używała Rosolska.

Niestety to nie jest jakaś typowa patelnia, gdzie bym mogła każdą piłkę zgarniać i w ogóle się nie ruszać. Jednak trzeba pracować i tak czy inaczej przy każdej nawet szybkiej piłce patrzeć i obserwować piłkę, żeby jednak centrycznie zagrać. Ramą nie zawsze piłki wchodzą. Daje ta rakieta jest większy punkt uderzenia. Łatwiej złapać returny, czy złapać czysto piłkę na woleju. Ale wiemy ze sama rakieta nie gra, więc tutaj jest też trochę mojej pracy.

Partnerka Polki Abigail Spears czterokrotnie meldowała się w półfinałach gry podwójnej największych imprez, więc jej doświadczenie w tych najważniejszych meczach może okazać się decydujące.

Nawet nie wiedziałam, że to jej największy sukces w karierze, ale bardzo się z tego cieszę i mam nadzieję, że zajdziemy jeszcze dalej. Ala na to zasłużyła, pracuje na to bardzo ciężko. Jest bardzo pozytywną osobą, jedną z najfajniejszych dziewczyn w tourze. Nawet jak grałam z innymi dziewczynami, to mówiłam jej, że nie mogę się doczekać, aż razem zagramy. I udało się. Cały czas liczymy na dobry wynik. Ale cały czas staramy się nie stawiać wysokich oczekiwań. Tak naprawdę po każdej wygranej rundzie cieszymy się z wygranej i pracy wykonanej na korcie. Daje ona efekty i za każdym razem jak wychodzimy na mecz myślimy: Dobra: Dajemy z siebie wszystko, ale nie myślimy o tym, czy możemy wygrać, czy jesteśmy faworytkami. Już tak daleko zaszłyśmy, że jesteśmy coraz bliżej. Koncentrujemy się na swojej grze i myślimy krok po kroku. Póki co daje efekty – mówi Abigail Spears.

Obojętnie czy zaczniemy mecz dobrze, czy będą nerwy, czy nie będzie nerwów, czy będą nam wychodziły poszczególne uderzenia. Będziemy dawać z siebie wszystko i będziemy siebie motywować nawzajem. Obojętne, czy zepsujemy czy zagramy super piłkę. I tak będziemy nadal pozytywne. Sezon na trawie naprawdę się dla nas bardzo dobrze układa. Ale jeszcze się nie zakończył i mam nadzieję, że podtrzymamy dobrą passę. Cieszę się z tego, jak zagrałyśmy na poprzednich turniejach poprzedzających Wimbledon. Wygrałyśmy w Nottingham. Pojechałyśmy na Majorkę, nie wygrałyśmy tam, ale wyciągnęłyśmy kolejne wnioski. Wiedziałyśmy, że musimy mieć dzień wolny bo tam trenowałyśmy, grałyśmy mecz i nie miałyśmy dnia przerwy. Odpoczywałyśmy, bo wiedziałyśmy, że potrzebujemy czasu, żeby nabrać energii. Ze wszystkiego wyciąga się nowe wnioski i to daje efekty – dodaje Polka.

W półfinale Polka i Amerykanka zagrają ze zgraną parą -Barborą Krejcikovą i Kateriną Siniakovą. Obie Czeszki sprawiają wrażenie bardzo pewnych siebie.

Nie lubię mówić o oczekiwaniach względem danego turnieju. Nasz cel się nie zmienia i cały czas jest bardzo wysoki. Wiemy po co tu przyjechałyśmy i co osiągnęłyśmy poprzednim razem. Po prostu próbujemy zdobyć każdy punkt, każdy gem i każdy set. I kolejny i kolejny. Nie lubię myśleć o jakichkolwiek oczekiwaniach. Nie nakładam nigdy na siebie żadnej niepotrzebnej presji. Skupiam się tylko na naszej grze i jak wygrać mecz, który mamy przed sobą. Każdy turniej jest ważny, ale Wimbledon jest wyjątkowy. Tutaj współczesność łączy się z tradycją i historią – opowiada Krejcikova.

Czechy doczekały się wspaniałej generacji zawodników i zawodniczek. Są siostry Pliskove, jest Tomas Berdych i kilkunastu świetnych tenisistów. Co tkwi u podstawy sukcesów czeskiego tenisa? O tym opowiada jedna z najlepszych tenisistek świata Katerina Siniakova

To niesamowite, że mamy tyle wspaniałych zawodniczek i zawodników. Świetne kluby i warunki do pracy. W największych naszych klubach trenują czołowe tenisistki i tenisiści. Dzięki temu ich treningi, nawyki i zachowanie na korcie mogą obserwować młodsi, od skrzatów po juniorów. Przez to czują, że może pewnego dnia także zostaną graczami wysokiej klasy. Kiedy byłam młodsza obserwowałam wszystkie nasze gwiazdy, spotykałam ich i z nimi rozmawiałam przy obiedzie. To dawało mi więcej pewności, że ja też kiedyś będę w tym samym miejscu. U nas zawsze musimy walczyć o uwagę z hokejem i piłką nożną, ale świadomość tenisa w naszym kraju rośnie z roku na rok, przecież odnosimy wielkie sukcesy. Tenis jest bardzo popularny w naszym kraju. Wielu rodziców zapisuje swoje dzieci na zajęcia tenisowe i to czasem częściej niż na te piłkarskie, czy hokejowe. Dziś większość czeskich klubów jest pełna utalentowanych młodych tenisistów – opowiada Siniakova.

Rosolska ma dzień odpoczynku. Do walki o finał Wimbledonu stanie w piątek.

 

Z Londynu dla TenisNET: Piotr Dąbrowski