Mam nadzieję, że uda mi się dojść do tego miejsca, że nie będę musiał mruczeć pod nosem – wywiad z Karolem Drzewieckim

Ostatni tydzień Karol Drzewiecki może zapisać do udanych, ponieważ na kortach Sopot Tenis Klubu osiągnął swój trzeci w karierze finał challengera w grze podwójnej. Po zwycięstwach w Szczecinie (w parze z Filipem Polaskiem w Słowacji) i we włoskiej Andrii (w parze z Szymonem Walkowem), przyszedł czas na finał Sopot Open, gdzie partnerował mu Mateusz Kowalczyk.

Taki występ u boku Mateusza Kowalczyka, mimo długoletniej znajomości, to chyba miłe przeżycie.

Karol Drzewiecki: Bardzo się cieszę, że mogłem zagrać w Sopocie z Mateuszem. Każdy mecz, jaki zagraliśmy wspólnie to była dla mnie czysta przyjemność, ponieważ cały czas się mogę od niego czegoś nauczyć. Jest starszy, grał na wielkich turniejach, w tym Wielkich Szlemach, więc jest to na pewno wartość dodana. Ponadto cieszę się, że mogłem grać w Polsce, ponieważ to są zdecydowanie inne turnieje. Wspaniały doping, świetna organizacja, generalnie zupełnie inna atmosfera. Motywacja rośnie trzykrotnie.

Może to jest jakaś recepta na sukces, żeby szukać partnera na ostatnią chwilę? W Szczecinie miałeś zagrać z Szymonem Walkowem, który jednak pojechał na Puchar Davisa i ostatecznie zagrałeś z Polaskiem, wygrywając cały turniej, a w Sopocie również start z Kowalczykiem zaplanowany rzutem na taśmę i finał.

Czyli po prostu trzeba jechać na turniej i szukać partnera na ostatnią chwilę (śmiech). Całkowicie poważnie, to nie o to chodzi, po prostu w Polsce są bardzo dobre turnieje, człowiek jest bardzo zmotywowany. Na miejscu wspiera nas cała publiczność, w tym rodzina i przyjaciele, więc lepszy fundament do działania niż za granicą. Myślę, że ta teoria tak łatwo nie sprawdziłaby się poza Polską.

Wydawało się, że zwycięstwo w Szczecinie to idealna trampolina, żeby zrealizować wcześniejsze plany, czyli wspólne challengerowe występy z Szymonem Walkowem, który miał jeszcze wyższy ranking.

– Wszystko się zepsuło przez to, że na starych zasadach mieliśmy ranking 360, a po reformie 440-450, więc wspólna gra nie była możliwa do maja. Kombinowaliśmy i raz nam się udało szczęśliwie zagrać, ponieważ weszliśmy do drabinki jako pierwsi oczekujący, więc zagraliśmy tylko i wyłącznie dlatego, że ktoś się wycofał.

Finał w Sopocie to kolejny sukces w Polsce to na pewno miłe uczucie, ale patrząc z perspektywy zawodnika, to reforma ITF, nie ułatwiła życia takim zawodnikom jak ty.

To jest dobre stwierdzenie, bo na zakończenie ubiegłego roku byłem 202. w rankingu deblowym, a w singlu w okolicach 800-tnego miejsca, co mi dawało dobrą drogę do głównej drabinki debla na challengerach, a od mniej więcej kwietnia lub maja do eliminacji singla. Plan miałem bardzo dobrze założony, ale tak naprawdę przez reformę to wszystko się zepsuło. Właściwie w turniejach mogłem startować dopiero od maja. Przez pół roku mogłem jedynie trenować, ponieważ granie mniejszych turniejów nie dawało mi większego sensu, bo musiałbym ich wygrać z dziesięć, żeby móc walczyć o miejsce w drabince z drugiego rankingu. Totalny bezsens, ale nic mogłem z tym zrobić. Trenowałem ciężko i teraz zbieram tego owoce, bo w tenisie nie wystarczy chwilę ciężko potrenować, żeby od razu wszystko przyszło. Gra mi się coraz lepiej, fajnie to zaczyna wyglądać i na pewno nie zapominam o singlu. Jak wróci jeden ranking to będę grać zarówno singla, jak i debla.

Myśląc o występach singlowych, to teraz się nadarza okazja, żeby powalczyć o punkty w polskich futuresach.

Możliwie, że zagram u siebie w domu, w Poznaniu. Jeżeli chodzi o Bydgoszcz, to raczej nie, ponieważ jadę wtedy na challengera. Koszalin odpuściliśmy, gdyż z Szymonem występujemy w Augsburgu. Jest plan, żeby zagrać w Poznaniu, bo nie ukrywam, że tęsknię za singlem.

Porównując obiekty polskie, gdzie miałeś okazję odnosić sukcesy, to na której z polskich kortów najchętniej występujesz?

Tak szczerze, to najlepsze wspomnienia mam w Sopocie, ponieważ tu się odbył mój pierwszy turniej, więc zawsze jest sentyment. W Szczecinie wygrałem swój pierwszy turniej w singlu i w deblu jak miałem 14 lat, więc również dobrze mi się kojarzy.

Patrząc na twoje sukcesy, zwłaszcza te w Polsce, to można odnieść wrażenie, że dobrze ci się wiedzie jak masz obok siebie doświadczonego partnera. Teraz w Sopocie Mateusz Kowalczyk, a w Szczecinie Filip Polasek (Słowacja). Może podświadomie szukasz mentora?

Niekoniecznie, bo z Szymonem tworzymy fajny duet. Mieliśmy 3-4 mecze, gdzie zabrakło dosłownie 2-3 piłek, żeby zwycięstwo padło naszym łupem. Sporo spotkań mieliśmy na styk po dobrej grze, a takie porażki dodatkowo bolą, bo człowiek trenuje, jeździ, stara się na 200%, a czasami brakuje może więcej luzu w tym wszystkim. Może dobrze obrazuje to turniej w Sopocie, gdzie nie musieliśmy grać w takim napięciu. Wiadomo, to jest spowodowane budżetem i tym, że chce się wejść już szczebel wyżej, co tak nie idzie szybko i poza tym jest dużo mniejszych detali, które wpływają na to, że turniej nie kończy się rewelacyjnie.

Z drugiej strony, oglądając ciebie na korcie, ma się wrażenie, że mimo tego, że jest was dwóch na korcie, to ty mimo tego niezbyt często potrzebujesz radzić się z partnerem, a wolisz sobie coś dopowiedzieć pod nosem.

Za każdym razem trochę przeżywam swój błąd. Myślę, że mogłem się minimalnie lepiej ustawić, lepiej zagrać, gdzieś piłka uciekła? Wiadomo, tenis to gra błędów, ale dążę do tego, żeby być perfekcjonistą w tym co robię, ale oczywiście to jest tenis i mam nadzieję, że uda mi się dojść do tego miejsca, że nie będę musiał mruczeć sobie pod nosem. Jeżeli chodzi o grę czy z Mateuszem, czy też z Szymonem, to znamy się na tyle długo, że nie potrzebujemy wielkiej komunikacji na korcie. Wiemy, co mamy robić na korcie. Ze 2-3 zdania przed meczem i możemy grać.

A jak to było z Filipem Polaskiem?

– To niewiele zmienia tak naprawdę, bo jak się gra tyle lat w tenisa, to nie trzeba nie wiadomo ile ze sobą rozmawiać. Można najważniejsze założenia ustalić w szatni przed meczem, a na korcie komunikacja wystarczy, żeby była bardzo skromna.