Paula Kania: W końcu wróciłam!

Na powrót czekała wiele (nieprzespanych) miesięcy. Z Tenisistką przez duże “T” rozmawiamy o ciężkim powrocie do zawodowego sportu.

 

Gdzie byłaś jak Cię nie było?

(śmiech) Gdzie byłam? Bardzo daleko poza kortem, bo omijałam je szerokim łukiem (śmiech). Raz, że nie mogłam grać z powodu kontuzji, a dwa, że za bardzo to mnie na kort nie ciągnęło. Potrzebowałam takiej przerwy, Bardzo, bardzo długo leczyłam kontuzję. Po raz pierwszy po urazie do treningów, i to wtedy jeszcze bardzo lekkich, wróciłam pod koniec marca 2018. Ale naprawdę sporo pracowałam też poza tenisowo. Jeśli chodzi o swoją fizyczność, w tym czasie poznawałam także swojego narzeczonego (śmiech). W praktyce po prostu cieszyłam się życiem. Beztrosko, bez obowiązków, w spokoju i bez tenisa.

Lata spędzone na korcie, bez żadnego, nawet jednego dnia przerwy, której tak naprawdę nigdy nie miałam na pewno dały o sobie znać. Nigdy przecież nie byłam zmuszona do takiej długiej przerwy. Ale po tym nieudanym sezonie to już się przelało i na samym początku nie mogłam sobie znaleźć miejsca i życie bez tenisa wydawało mi się zupełnie niemożliwe. Ale potem jednak stwierdziłam, że jest mi to bardzo potrzebne i może jednak nie wyjdzie to na złe jeżeli nie będę grać przez parę miesięcy. Ale niestety już na początku roku, kiedy przestałam grać i podczas Wimbledonu, kiedy w deblu po raz ostatni wyszłam na kort czułam, że coraz bardziej ciągnie mnie do tenisa. W grudniu już naprawdę zaczęło mi tego bardzo brakować. Najbardziej oczywiście emocji związanych z rywalizacją na korcie, ale też wyjazdów. Wtedy poczułam naprawdę duży głód tenisowy.

W tamtym czasie małymi kroczkami zbliżałam się już do wejścia na kort. Jednak szczerze mówiąc mentalnie zatrzymałam się na poziomie Wimbledonu, to pamiętałam, tam był mój mental. A tutaj nagle znalazłam się kilka poziomów niżej i to, co było wcześniej dla mnie normą: moje uderzenia były solidne, głowa była naprawdę silna, to wszystko nagle zniknęło. Nie potrafiłam się dobrze skoncentrować na grze, czy treningu. Bardzo szybko mnie to też męczyło. Na pewno to było najgorsze. Z tym była związana cała frustracja, czasami zwątpienie, ale wydaje mi się, że każdy przez to przechodzi. Ja też nie zdawałam sobie sprawy, że tak może wyglądać powrót po kontuzji. Wydawało mi się, że będzie to prostsze, łatwiejsze, szybsze i dojście do tego poziomu na którym skończyłam grać będzie nieco mniej bolesne. Myślałam, że szybko zacznę dobrze grać, a jednak tak nie jest. To nie takie proste.

Czekała Cię długa rehabilitacja, ale z drugiej strony dzięki większej ilości czasu wolnego mogłaś zadbać o życie prywatne.

O tak (śmiech). Jak najbardziej! Tutaj akurat miałam trochę szczęścia. Po raz pierwszy od bardzo długiego czasu byłam dłużej w domu, co nigdy mi się nie zdarzało wcześniej na więcej niż trzy tygodnie. Można powiedzieć, że kontuzja sprzyjała życiu rodzinnemu, bo poznałam swojego partnera, który był i jest moim fizjoterapeutą, właśnie wtedy.

Głód powrotu na kort był duży?

I to jaki! Jest głód, chęć rywalizacji, zdobycia tego wszystkiego, czego jeszcze nie zdobyłam jest ogromna. Z drugiej strony wciąż jednak czasami poziom, który prezentuje na korcie wciąż odbiega od tego czego od siebie samej oczekuję. Ale nie ma co się stresować, wszystko przyjdzie w swoim czasie. Wiem, że forma, która będzie dla mnie akceptowalna niedługo nadejdzie. Jeszcze brakuje sporo, żeby prezentować podobną do tej, jaką prezentowałam w 2017 roku i wiem ile jeszcze czasu potrzeba. Wtedy byłam w swojej najwyższej formie i byłabym dziś dużo dalej, gdyby nic złego się nie wydarzyło niż teraz. Byłam wtedy dużo bardziej “z przodu” niż teraz.

Jak wyglądała rehabilitacja?

To był bardzo żmudny, długi i męczący fizycznie i mentalnie proces.

W końcu miałaś trochę wolnego!

To na pewno (śmiech) W końcu dzięki temu dużo zyskała moja rodzina. Wcześniej po prostu nie było czasu, a teraz miałam go naprawdę dużo. Spędziłam go z najbliższymi. Miałam czas, żeby polecieć z siostrą na wakacje, pojechać na weekend z koleżanką. To było coś zupełnie innego. Robiłam takie rzeczy na które nigdy wcześniej po prostu nie miałam czasu i nie mogłam sobie pozwolić. Troszeczkę próbowałam tańczyć, wzięłam kilka lekcji (śmiech). Ale jak zaczęłam treningi tenisowe to niestety od razu przestałam, bo to już jednak byłoby trochę zbyt wiele. Całą energię zawsze poświęcałam tenisowi, a teraz miałam szansę poświęcić go też dla przyjaciół. Dobrze się również złożyło, że moja znajoma przyjechała ze Stanów i naprawdę poczułam to domowe ciepło. Był chyba tylko jeden taki okres “wyjazdowy”, że poleciałam do Hiszpanii z koleżanką i to był jedyny raz, kiedy ruszyłam się poza dom (śmiech). Bardzo brakowało mi po prostu normalnego życia, leżenia na kanapie, spokoju na siłowni, swojej, codziennie tej samej. To samo łóżko. To było naprawdę fajne.

Dużo się zmieniło jak Cię nie było w Tourze?

Ojej, oczywiście! I to jak! Jest mnóstwo nowych dziewczyn. Pamiętam jak grałam pierwsze turnieje WTA w Uzbekistanie to doznałam małego szoku. Kurcze, zawsze jak się szło przez players lounge, czy korty to każdego się raczej znało chociażby z widzenia, a teraz połowa dziewczyn to zupełnie nowe twarze. Przy niektórych to nawet nie wiedziałam kto to jest. Przyznam szczerze, że nie śledziłam rozgrywek tenisowych, jak nie grałam. Czasem robiło się strasznie smutno (śmiech). Ale przyznaję się, w ogóle nie śledziłam tego, co działo się na kortach. Widać, że poziom jest naprawdę coraz wyższy, nie spodziewałam się nawet, że pójdzie to aż tak do przodu. Ale dla mnie to spoko zmiana, bo jest większa motywacja. Widziałam może jeden mecz, ale tak to przygotowywałam się do powrotu.

Domyślam się, że powrót po takiej przerwie nie należy do najłatwiejszych?

Na pewno łatwo nie jest, od nowa trzeba się do tego wszystkiego przyzwyczajać, ale z drugiej strony dużo pomaga tutaj “zamrożony” ranking. To bardzo ułatwia sprawę. I właśnie dlatego pojawił się w moich planach startowych debel. Gram go dosyć często, ale nie poddaję się i cały czas intensywnie myślę o grze pojedynczej. Nie wiem co teraz musiałabym zrobić, żeby w singlu wrócić tam gdzie byłam. Pewnie mogłabym grać same najmniejsze turnieje, tracąc przy tym też mnóstwo czasu, którego tak do końca też nie mam. Właśnie dla tego postawiłam na razie na debel. Ale nie składam broni, może się coś uda ugrać w singlu. Może ktoś w Polsce obdaruje mnie dziką kartą? Zobaczymy (śmiech).

Na pomocną dłoń Warsaw Sports Group zawsze można liczyć?

Mam taką nadzieję. Ale to też było nasze założenie, jeszcze zanim zdałam sobie sprawę z czym wiąże się walka o powrót i w co się pakuję, żeby raz jeszcze zagrać w Tourze. Jednak z drugiej strony to od razu był nasz cel, żeby grać bardziej agresywnie, ponieważ mam ku temu predyspozycje i dobrze mi to wychodzi. Nad tym pracowaliśmy już od samego wejścia na pierwsze treningi. Okazuje się, że był to dobry ruch, ponieważ teraz jest szybciej i wszystkie dziewczyny są agresywniejsze. Jeśli chodzi o debla to nadal potrzebuję jeszcze czasu, mnóstwo ogrania, jak najwięcej turniejów, żeby zdobyć więcej pewności siebie.

Kiedy pomyślałaś: “Wracam!”?

Od razu decydując się na operację to już wiedziałam, że wrócę. I to zaraz po tym jak zaniemogłam (śmiech). W sensie przestałam grać. Od razu wiedziałam, że wrócę. Nikt nie musiał mnie do tego namawiać. Jestem bardzo świadomą zawodniczką i wiem po co to robię i wiem, że jest jeszcze przede mną dużo do osiągnięcia. Poza tym nie jestem jeszcze taka stara, prawda? (śmiech).

W końcu ’92, czyli złoty rocznik polskiego tenisa – Magda Linette, Sandra Zaniewska, Kasia Kawa. Plus trochę starsze Justyna Jegiołka i Kasia Piter.

Faktycznie trochę się nas uzbierało (śmiech). Tutaj nie było namowy z żadnej strony, raczej ograniczanie i wręcz hamowanie mnie, ponieważ ja bardzo chciałam już to robić. Byłam bardzo niecierpliwa. A przecież przy tego typu kontuzjach czas jest bardzo ważny i żadne pochopne decyzje, czy zbyt wczesne wejście na kort, czy robienie wielu innych rzeczy byłoby po prostu głupie z mojej strony i mogłoby mi tylko zaszkodzić. Miałam raczej wokół siebie stoperów i ludzi, którzy pomagali mi zachować cierpliwość. Ja chciałam wszystko na szybko, ekspresem, a oni mi wytłumaczyli, że wszystko przyjdzie z czasem i organizm stopniowo będzie przyzwyczajał się do coraz większych obciążeń. Ale szczerze to nie potrzebowałam nikogo do namowy (śmiech).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

To jak to jest z perspektywy zawodowego sportowca po prostu siedzieć, czekać i odpoczywać?

Jak to jest? Chciałabym to ubrać ładnie w słowa, żeby przestrzec tych, którzy się z tym zmierzą i przekazać co je czeka. W moim przypadku okazało się, że wszystkie diagnozy i badania, zdjęcia, rezonanse itd. nie pokazały jak bardzo poważna jest to sprawa. Dopiero gdy podczas operacji lekarz to otworzył to okazało się, że jest bardzo średnio. Ale nie mamy na takie rzeczy wpływu, prawda? Później przez pięć tygodni chodziłam z temblakiem, więc nie było jakiejkolwiek możliwości, żeby w tym czasie przeprowadzić rehabilitację. Ruszałam troszeczkę ręką, ale to tylko po to, by nie pojawiły się zrosty. To trwało naprawdę długo. Jeżeli chodzi o dolne partie ciała to mogłam robić prawie wszystko, ćwiczenia stacjonarne, bez nadwyrężania ręki. Następnie wyznacznikiem tego, co mogę robić był zawsze ból. Samo podnoszenie ręki na początku było nie lada wyzwaniem. To wszystko pokazuje ile mi to zajęło, żebym była w stanie cokolwiek zrobić z tą ręką, tj. np. podnieść. Już nie mówię o jakimś sięganiu na półkę, żeby cokolwiek ściągnąć, bo to trwało strasznie długo i towarzyszył temu ogromny ból. A on był cały czas wyznacznikiem, czego nie mogliśmy w żaden sposób przeskoczyć. Czyli długo i nudno (śmiech).

Bardzo, bardzo dużo pracujemy nad tym, żeby ręka była w stanie znieść obciążenie, któremu jest poddawana podczas treningu i jeszcze bardziej podczas meczu. Na korcie siła, która na nią oddziałuje jest olbrzymia. Jeśli chodzi o zakres ruchu to jest on teraz bardzo dobry. Cały czas jednak działamy zapobiegawczo i wykonujemy szereg ćwiczeń. Zakładanie ręki na plecy to jest wyczyn, ale to też jest mi bardzo potrzebne. Teraz wszystko idzie coraz lepiej i moje osiągi idą w górę. Wydaje mi się, że teraz jest już wszystko dobrze. Ale nadal muszę uważać i dbać o rękę, żeby ona była zregenerowana i zawsze wypoczęta. Jak jest bardzo duże zmęczenie, to ona też odczuwa, że obciążenia jest za dużo. Teraz jestem bardziej doświadczona i wiem, kiedy ciało podpowiada żeby coś zrobić, to znaczy, że tak jest. Do wszystkiego przywiązuję uwagę i wszystko ma znaczenie. Wcześniej było tak, że mówiłam: “OK, boli, ale nie aż tak bardzo” i męczyłam rękę dalej. Teraz zwracam dużo większą uwagę na sygnały z własnego organizmu.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Coś cię zaskoczyło, przeraziło? Niemoc, słabość?

Ogólnie właśnie myślałam, że będę mega naładowana i będę czuć multum satysfakcji i że będzie ogień. Ten ogień był, chęć rywalizacji i samo to, że udało mi się po tym wszystkim wrócić do gry to dawało fajną energię i wielkiego kopa. Z drugiej strony grając mojego pierwszego singla i średnio robiąc dwa podwójne błędy serwisowe w gemie nie byłam kompletnie usatysfakcjonowana tym, co prezentuję. To dla mnie było kompletnie niezrozumiałe, że ja, która robiła maksymalnie dwa błędy serwisowe na mecz nagle robi dwa takie błędy w gemie. No coś nie halo było (śmiech).Więc nie powiem, że to było tak, że “o kurczę, ale super weszłam na mecz i jest ekstra, mam formę”. Nie, tak nie było. Byłam zdenerwowana, ze nie jest tak, jakbym chciała. To na pewno nie poziom do którego jestem przyzwyczajona. Ale tak myślałam, że wejdę i będzie super. Ale debla grać i jeszcze wygrywać wcale nie jest tak prosto. Czas naprawdę szybko płynie i to czuć. Jak byłam w Turcji to tak właśnie się czułam. Nawet to sprawdziłam. W zeszłym roku minęło dokładnie 10 lat od tego, jak grałam tam jako 16-latka. Ja mówię “Jezus Maria!” To jest w ogóle niesamowite, że ja znowu jestem w tym miejscu. Ale wiedziałam, że jak tylko wrócę na Tour to będę się musiała nauczyć tenisa na nowo. Spodziewałam się tego, ale teraz jestem mentalnie na zupełnie innym poziomie. Nie miałam w ogóle pojęcia co jest przede mną. Nie wiedziałam, jak będę po tym wszystkim inna i jak zmieni się moja gra. Wcześniej grałam tylko po to, żeby wygrywać, a teraz jestem w takim momencie swojego życia, że wiem jak to naprawdę powinno wyglądać. Znam siebie, swój organizm i lepiej czuję się sama ze sobą.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Ciężko zaczynać raz jeszcze?

Fakt, te małe turnieje bardzo, ale to bardzo odbiegają od tego z czym miałam do czynienia wcześniej. To też jest ciężkie mentalnie, aby znowu kurcze przejść całą tą drogę, którą pokonywałaś w przeszłości. Musisz kopać, walczyć tyle czasu o każdy punkt, a tam są czasem nawet nastoletnie dziewczynki, które dla mnie mogłyby być młodszymi siostrami. To też było dla mnie małym szokiem. “To one, tak? Już grają?” To się w ogóle w głowie nie mieści (śmiech). Musiałam też w sobie znaleźć sporo pokory, żeby przyjąć na klatę, że na razie tam gram i muszę to przejść. I trzeba było też zdać sobie sprawę, że to nie będzie do końca tak, że ja wyjdę na kort i od razu wszystko zacznę bez problemu wygrywać. Aspiracje jednak nadal mam bardzo duże. Gram dobrze, więc teraz po prostu potrzebuję czasu i spokojnego treningu.

Parafrazując Jarosława Psikutę z “Chłopaków nie płaczą”: “Trzeba mieć za….ście silną psychikę?”?

(długi śmiech) “Panie, widzi Pan tam jakieś “S”? No dokładnie! Ja uwielbiam w ogóle ten film, tam każda scena to świetne teksty. Jezus, wiesz tak szczerze to sama prawda. Tak, trzeba mieć za….ście silną psychikę, żeby po takiej kontuzji i tym co się w tym okresie działo sobie z tym wszystkim poradzić. Ale mam wrażenie, że trafiłam też w najgorszy moment jeśli chodzi o swój powrót (śmiech). To wszystko nie jest tak naprawdę takie proste, jak się wydaje. Ale jedyne co mogę zrobić to po prostu ciężko pracować i cały czas myśleć pozytywnie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Jak zareagowały dziewczyny z Touru?

Raczej pozytywnie. Było bardzo dużo pytań: “Jak tam ręka? Czy wszystko OK, dawno się nie widziałyśmy?”. Z drugiej strony jest to dość specyficzne środowisko i tak naprawdę ta kontuzja pokazała mi ile naprawdę mam przyjaciółek, czy koleżanek na Tourze. I w sumie mogę policzyć na palcach jednej ręki te osoby, które były choć trochę zainteresowane tym, jak się czuję, czy co się ze mną działo. Nie ma też co się spodziewać, że one przytulą mnie i powiedzą “Boże, Paula super, że jesteś. Możesz z nami wygrać, prawda?” (śmiech). Teraz jest dużo nowych dziewczyn, więc za bardzo nie wiedziałam czego mogę oczekiwać. Czuję się znowu trochę nowa w tym wszystkim.

Monotonia zawodowego tenisa stała się paliwem?

Wydaje mi się, że to raczej nigdy się nie zmieni. To jest zawsze hotel, jedzenie, trening i tak cały czas. Tak to wygląda, trening, odpoczynek, odnowa i jedzenie (śmiech). Jeśli chodzi o powrót do wysokiej formy to nie chciałabym schodzić z pewnego poziomu. Jak ktoś wraca to naturalne jest to, że chce być na podobnym poziomie. Tam gdzie znalazłam się wcześniej to były lata pracy. Wspinanie się po malutkich stopniach i robienie niewielkich kroczków do przodu. A to tak naprawdę jest mnóstwo rzeczy, nawet jeśli chodzi o koncentrację, szybkość, reakcję. To nie jest tak, że jak schodzisz z pewnego poziomu to nic się nie dzieje i później można tam szybko wrócić. To jest naprawdę ciężka robota. Jest mnóstwo rzeczy w tenisie, które składa się na cały wynik, a teraz tego po prostu nie ma. Uwielbiam rywalizację, ale po ponad roku bez niej jest to dla mnie nowość. Po prostu muszę się tego z powrotem nauczyć, że przez półtorej-dwie godziny muszę być full skoncentrowana i pracuję na najwyższych obrotach. Też wiem, że nie jestem jeszcze do końca gotowa, a żeby być na to wszystko gotowym to trzeba po prostu grać. Dużo, jak najwięcej meczów, bo nawet trening nie jest w stanie tego zrównoważyć. Ktoś by powiedział, że teraz trzeba być cierpliwym. To jest moim zdaniem słowo klucz, jeśli chodzi o powrót po kontuzji.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

To jak to będzie teraz wyglądać?

Dobre pytanie! Tak naprawdę to jeszcze nie wiem. Czas pokaże, ja na pewno jestem zdecydowana na swój powrót i moim celem są igrzyska w Tokio. Dlatego też tak mocno postawiłam ostatnio na debla i staram się go mocno “cisnąć”. Troszeczkę singiel zszedł na drugi plan, ale jestem dobrej myśli. Jestem w końcu zdrowa, nic mnie nie boli, mam ze sobą drugą połówkę, finansowo widziały gały co brały, wiedziałam w co się pakuję i jestem na to gotowa, że jeszcze trochę czasu minie zanim wyjdę powiedzmy na zadowalający plus. Wszystko idzie jak na razie ku dobremu. Jest progres, jest coraz lepiej i coraz lepiej czuję się na korcie. Wydaje mi się, że to będzie kwestia czasu i będzie dobrze!

Rozmawiał: Piotr Dąbrowski