Nie być jak T-1000, czyli nie idźmy w stronę Terminatora!

219

Iga Świątek przegrała w III rundzie wielkoszlemowego Wimbledonu. Polka została pokonana przez będącą w ostatnich kilku tygodniach w świetnej dyspozycji Francuzkę Alize Cornet 4:6, 2:6. Wiem, o czym myślicie. Że zakończyła się jej seria. Seria imponująca, nie dla śmiertelników. 37 meczów, kilka miesięcy bez porażki. Niby tak, ale taki jest już sport, raz się przegrywa, raz wygrywa.

Wiadomo, fajnie powiedzieć sobie: „Niesamowite, prawie pół roku bez porażki„. Z drugiej strony od momentu, gdy na liczniku było już około 15 wygranych spotkań, zaczęło się. Porównania, milion pytań do. Cały czas, i to nieprzerwanie, wszyscy skupiali się wciąż i wciąż praktycznie tylko na tym. Pomyślcie sobie. Tydzień w tydzień, ktoś wam powtarza: „Wygraj!, Wygraj!”. Ty jesteś zawodowym sportowcem, zawsze grasz, by dojść do finału i ten finał wygrać. Ale w pewnym momencie kolejne rozważania na ten temat stają się męczące, a wytworzona presja – sztucznie utrzymywana na niebotycznym poziomie. A Iga i tak sobie z tym świetnie poradziła, choć ciągłe rozważania innych z pewnością nie były komfortowe.

Ale, ale. Wróćmy do samego spotkania. Na korcie numer jeden świetnie tego dnia czuła się Francuzka, która podczas trwania turnieju oraz nieco wcześniej w Bad Homburg zapracowała sobie na wielkie słowa uznania. Złapała pewność, wyczucie nawierzchni i ogranie. Oczywiście, trawa to także nawierzchnia, na której stosunkowo najłatwiej z Igą, jak podkreślały inne tenisistki, rywalizować.

Polka grała bardzo ofensywnie, chciała przejąć inicjatywę i trzymać ją od początku do końca. To naturalne, taki ma styl gry, by nie pozwolić rywalce dojść do głosu. W sobotę jednak, jak przyznała sama Iga, nie wszystko funkcjonowało właściwie, a ciągłe ataki, co naturalne, musiały doprowadzić do popełniania błędów. A to była swoista woda na młyn dla Francuzki, która skrzętnie korzystała z niepowodzeń Polki i cierpliwie zdobywała kolejne punkty. W tamtym momencie, w tamtej chwili, był to po prostu moment, w którym wszystkie niedoskonałości 21-latki punktowała mająca gigantyczne doświadczenie 32-latka z Nicei, która swój turniejowy debiut zanotowała w wieku 15 lat na Roland Garros 2005.

Chciałbym, żeby to wybrzmiało. Cornet ma za sobą 17 lat doświadczenia w Tourze, a w 2014 roku, również na korcie numer jeden Wimbledonu, pokonała będącą wtedy w niesamowitym gazie Serenę Williams.

To naturalne, że kiedyś ta przegrana musiała przyjść. A, że akurat na Wimbledonie? To kibice stworzyli sztuczny, nikomu niepotrzebny balonik, który pompowano do granic wytrzymałości. Wiadomo, że takie przegrane bolą. Jednak to jest spotkanie, z którego należy wyciągnąć wnioski i po prostu wrócić do ciągłej pracy. Kolejne zwycięstwa (i porażki) i tak przyjdą. Tylko może już bez tych absurdalnych oczekiwań. Jak mówi sama Iga:

Taki mecz jest po to, by o nim nie zapominać. Trzeba z tych doświadczeń wyciągnąć naukę. To jest doświadczenie jak każde inne, warto wyciągać z niego wnioski, nie wiem jeszcze jakie, ale nie muszę zapominać. Wiem, że przed kolejnym turniejem podejdę do pracy tak samo zmotywowana. Zdaję sobie sprawę, że nie zagrałam dobrego tenisa. Byłam nieco zagubiona, jeśli chodzi o taktykę. Alize była bardzo solidna i świetnie to wykorzystała. Wiele zmieniło się w moim tenisie w tym sezonie. Staram się być coraz bardziej agresywna. Wiele rzeczy po trochu złożyło się na przegraną. Nie czułam się dziś zbyt dobrze, zwłaszcza tenisowo, więc po prostu ona to wykorzystała, jako doświadczona zawodniczka, która jest dość solidna. Na trawie gra mi się gorzej i nie udało mi się znaleźć nic, co sprawiłoby, że czułabym się tutaj lepiej. Moja agresywna gra dawała mi raczej negatywne skutki, bo po prostu robiłam błędy i nie grałam w kort. A na niej opierałam cały swój sezon. Tutaj też nie jestem w stanie użyć swoich defensywnych formacji i przebijanie piłki top spinem raczej nie ma sensu. W pewnym sensie czułam, że nie mam do końca narzędzi.

 

Pamiętajmy więc, że brak doświadczenia i czucia trawy to w wieku 21 lat całkowicie normalna sprawa. Gdy Iga rozegra na zielonej nawierzchni jeszcze kilkanaście/kilkadziesiąt spotkań, wypracuje sobie wiele automatyzmów, odpowiednich zbiorów działań, o których być może jeszcze nawet dziś nie zdaje sobie sprawy, które prędzej czy później, przy jej etosie pracy, doprowadzą ją do drugiego tygodnia Wimbledonu. Serce podpowiada, że będzie i dalej, ale tenis nienawidzi gdybania. Nie ma sensu oczekiwać od kogoś tak młodego i przecież mającego dopiero niespełna trzy pełne sezony na Tourze, że będzie wygrywać non stop. To, co działo się w Polsce w ostatnim czasie, na początku mogło być miłe i budujące, ale później przerodziło się w jakiś psychotyczny wyścig, podczas gdy pod koniec nie mówiło się o niczym innym niż o przegonieniu Martiny Hingis. Trochę straszne, prawda?

Nawet Federer, czy Nadal na wyrozumiałość swoich nacji musieli pracować latami, jednak w Polsce oczekiwania względem Igi czasem przybierały przerażający, wręcz karykaturalny obraz. Ciekawie na ten temat opowiadała niedawno Daria Abramowicz, która w kwestii presji zwróciła uwagę na bardzo ważny aspekt tego sportu.

– Nie możemy mówić, że presji nie ma. Presja jest zawsze i trzeba się z tym pogodzić. Nie ma sensu się oszukiwać i tego blokować. Należy sobie uświadomić, że ona jest, a potem zastanowić się jak przeformułować swoje skupienie, jak przenieść środek ciężkości koncentrowania się tu i teraz na coś innego, na co masz realnie wpływ, czyli na swoją robotę – mówiła w jednym ze swoich podcastów.

To bardzo ważne słowa, bowiem dla zawodowego sportowca presja jest sprawą wszechobecną, ale we wszystkim trzeba starać się znaleźć umiar. Z tym, z czym musiała mierzyć się Iga, nawet tego nie chcąc, to nieco podświadomie, kiedy każdy pyta się ciebie non stop, po każdym meczu, że znowu rozszerzyłaś swoją serię zwycięstw, może być to nieco męczące i w pewnym momencie, tak można założyć, ma się ją w choć niewielkim stopniu w głowie. I to, że chce się ją podtrzymać, śrubować dalej historyczne statystyki. Po spotkaniu Polka cieszyła się ze swojego imponującego wyniku.

Seria zwycięstw przerosła moje oczekiwania i nadzieje. Już kilka razy w jej trakcie czułam, że koniec może nadejść i w pewnym sensie to zaakceptowałam i to też pomogło mi podejść do tego wszystkiego z większym dystansem i skoncentrować się na tym, na co mam wpływ. Z drugiej strony myślę, że miałabym więcej szans, jeślibym nie grała tutaj na trawie. Może wtedy ten streak byłby nieco dłuższy, ale taki jest tenis, że zmieniamy nawierzchnię i najlepsi tenisiści potrafią dostosować się do każdej z nich. Ja jeszcze tego nie potrafię, więc zobaczymy, jak będzie w przyszłym roku.

A przecież przegrywanie jest naturalną koleją rzeczy w sporcie, przede wszystkim w tenisie. Wielu tenisistów z czołowej setki często nie potrafi wygrać spotkania przez miesiąc, dwa, trzy. I warto, aby inni zrozumieli, że to kompletnie normalne. I tutaj dochodzimy do sedna. Polski kibic, szczególnie ten tenisowy, został w ostatnim czasie tak bardzo rozpieszczony, że teraz nie ceni on wysiłku, jaki wkładają polscy tenisiści i tenisiści w awans do kolejnych rund wielkich imprez. Faktem jest, że coraz więcej archetypowy Janusz wymaga od Świątek, Hurkacza, czy innych, którzy powoli przebijają się, choć z mozołem, do świadomości tegoż kanapowca, który dopiero sukces na Wimbledonie, czy Roland Garros zauważa i zaczyna traktować jako godny uwagi. Jednak, aby był on bogatszy o wiedzę na temat tego, jak wiele pracy ma za sobą dosłownie KAŻDY uczestnik Wimbledonu, jeszcze trochę wody w takiej Tamizie, czy Wiśle musi upłynąć. To są lata ciężkiej katorżniczej roboty i zbierania doświadczeń, które w odpowiednim momencie, nie wcześniej, przynoszą owoce. W tym miejscu należy przywołać maksymę Łukasza Kubota: „Tenis to sport przegranych. W drabince gra 128 zawodników, a przecież wygrywa tylko jeden”.

Tym smutniejsze, że każdy wygrany mecz na poziomie WTA, czy ATP przez Polaka to tak naprawdę rzeczywiście wielka sprawa. Spośród 3873 profesjonalnych tenisistów notowanych na światowych listach ( z czego niemalże 40 procent to kobiety) naprawdę trudno dostać się do elity, którą jest, dajmy na to, Top 300 ATP, czy rankingu WTA. Uzbrojony w taką wiedzę przeciętny Janusz z piwem w ręku w podobnej sytuacji nie miałby nawet krzty odwagi, by w jakikolwiek nieuzasadniony merytorycznie sposób, mieć pretensje, że ten, czy ta przegrała mecz, który przecież „musiała” wygrać. W zawodowym sporcie, czy tenisie przede wszystkim, takie pojęcie powinno zostać wyeliminowane ze słowników. Takie jest piękno tej dyscypliny, że każdy może wygrać z każdym.

Gdy sukcesy powszednieją, sympatycy przyzwyczajają się do dobrego, bagatelizując wygraną tego, czy tamtej w turnieju, do którego dostęp ma może 32, 64, a może 128 osób na świecie.

To czego dokonała Iga wymaga bezwzględnego i gigantycznego docenienia. Wiecie, co to znaczy wygrać 37 meczów w sezonie, a co dopiero z rzędu w dyscyplinie, gdzie przegrywa się niemal co tydzień? Ten historyczny wyczyn zasługuje na wielkie słowa uznania, tym bardziej że może się on nie powtórzyć przez kolejne kilkanaście, bądź kilkadziesiąt lat.
Iga rok po roku coraz lepiej przystosowuje się do trawy. Zdobywa kolejne doświadczenie, które w kolejnych latach zaprocentują. Sama natomiast opowiada:

Aż tak dużo nie wiem o tenisie, żeby ocenić kiedy „zaskoczy” moja gra na trawie, czy nauczę się na niej grać. Z roku na rok jest trochę łatwiej. W tym roku na pewno fizycznie poczułam, że jest trochę łatwiej, ale tenisowo i taktycznie jeszcze wciąż mam nad czym pracować i nadal nie jestem w tym względzie we właściwym miejscu.

Iga ma, jak to się zwykło powtarzać za cytatem z kultowego dziś filmu „Chłopaki nie płaczą”: „Z********* silną psychikę„. Który śmiertelnik poradziłby sobie z całym tym natłokiem bodźców? Mało jest na świecie wybrańców, a jedną z takich osób na pewno jest Iga. Jak ona sama odbiera to wszystko, swoiste szaleństwo, które dzieje się wokół niej?

Nie sądzę, żebym musiała czemukolwiek stawić czoła. Ja mam przeciwstawić się przeciwniczce na korcie, a nie innym w social mediach. Poza tym nie mam wpływu na to, jak ludzie odbiorą ten mecz, a przecież w mediach społecznościowych nie da się opisać wszystkiego, co dzieje się wewnątrz i też ja nie mówię o wszystkim. Zdaję sobie sprawę, że ten odbiór może być po prostu inny, niż ja mogłabym się spodziewać, ale pod tym względem nie spodziewam się tak naprawdę niczego. Mam nadzieję, że ludzie i tak będą się cieszyli, że wygrałam tyle meczów z rzędu. To też fajne osiągnięcie. W tenisie zdarzają się porażki i będą się zdarzać (śmiech)

To są bardzo ważne słowa, przeczytajcie sobie powyższą wypowiedź kilka razy, zanim Ty Kibicu, napiszesz jakieś sympatyczne inaczej określenie na kogoś, kto poświęca całe życie, żeby aż i tylko dobrze grać w tenisa. Dla Polki to też porcja solidnego doświadczenia, która za rok, czy inne 5 lat może przynieść owoce.

Zdałam sobie sprawę, że na pewno mogę solidnie przejść pierwsze rundy. Tutaj wykorzystuję swoją pozycję i umiejętności. Gdy moja gra „zaskoczy” to będę wiedziała. Myślę, że wybrane umiejętności trochę się poprawiły, ale dla mnie to wciąż nie jest satysfakcjonujące. Będę pracowała, by w pewnym momencie to „zaskoczyło” i wierzę, że w przyszłym roku taką solidną grą może nie rozgryzę do końca trawy, ale będę w stanie dojść któregoś roku do ćwierćfinału, czy półfinału. Poczekam na swoją szansę.

 

Był kiedyś taki gościu. Całkiem mądry nawet, a to, że chłopak żył dobre dwa i pół tysiąca lat temu, wcale jego słów nie zdezaktualizowało. Konfucjusz się nazywał, a powiedział znamienne słowa: „Żyj i pozwól żyć innym„. Iga to też człowiek, choć czasem nawet nad, to Terminatorem nie jest. I tego się trzymajmy ;)

 

Z Londynu dla TenisNET: Piotr Dąbrowski