La Manga – pomysł na wyjazd z rakietą…

Położenie…
La Manga to osiedle składające się z apartamentowców, hoteli, ogromnych pól golfowych i akademii tenisowej. Położona jest na południu Hiszpanii, około 30 km od Cartageny miasta gdzie stacjonował w Europie Hannibal przed wyruszeniem na Rzym.

La Manga to czysto komercyjna miejscowość. Żyje z turystów i stałych rezydentów w postaci całej rzeszy Anglików. Większość mieszkańców stanowią właśnie synowie i córy Albionu, którzy wykupują liczne domki i apartamenty, aby móc latem przyjeżdżać do tego malowniczo położonego miejsca. Sam ośrodek słynie z pięknych i rozległych pól golfowych. Miłośnicy tego sportu zjeżdżają tu dość chętnie, aby doskonalić swoje umiejętności. Drugą grupę stanowią zapaleńcy tenisowi. Na terenie La Mangi usytuowanych jest 28 kortów tenisowych. Dwadzieścia z nich to korty ziemne, cztery to korty twarde i kolejne cztery pokryte są sztuczną trawą (w ramach ośrodka znajdują się także boiska piłkarskie ze szkółką). Prawdziwy raj dla fanatyków żółtej piłeczki.

Akademia…
La Manga Tennis Club to akademia tenisowa. Nie jest to jednak ośrodek, którego odbiorcami mają być profesjonaliści. Z założenia jest to szkółka wakacyjna dla amatorów. Co tydzień, w każdy poniedziałek zaczyna się ten sam cykl szkoleniowy dla nowo-przyjeżdżających. Każdy dzień poświęcony jest doskonaleniu innego uderzenia. Standardowo ćwiczy się dwie godziny dziennie pod okiem trenera w grupach 4-6 osobowych. Można jednak wykupić program dwudziestopięciogodzinny w cenie 105 Euro, który zwiększa dawkę tenisa do pięciu godzin dziennie.

Z informacji istotnych dla ewentualnych odwiedzających La Mangę – przy zakwaterowaniu w hotelu Principe Felipe (5 gwiazdek) kurs standardowy jest wliczony w cenę pobytu. Oczywiście pobyt w wymienionym hotelu jest relatywnie kosztowny. Stąd część sportowych turystów zatrzymuje się w Las Lomas Village, gdzie nocleg jest mniej więcej o połowę tańszy. Opcją jest także wynajęcie jednego z licznych w tej okolicy apartamentów. Zarówno Principe Felipe jak i Las Lomas Village położone są kilkaset metrów od akademii. To znacznie ułatwia życie, kiedy nie zdecydujemy się na wcześniejsze wynajęcie auta.

Wracając do samego tenisa i zajęć. Osobiście zdecydowałem się na kurs dwudziestopięciogodzinny. W jego ramach, mój cykl zajęć odbywał się według następującej rutyny. O 9:00 zaczynał się trening grupowy (w podgrupach) i trwał dwie godziny. Po tych zajęciach następowała przerwa wynosząca 30 minut i rozpoczynał się trening taktyczny trwający godzinę i skupiający osoby, które zdecydowały się wcześniej na rozbudowany program (25 godzin). Po południu, o godzinie 16.00 następował kolejny trening, głównie poświęcony grze na punkty i rozgrywaniu miniturniejów.

Tak jak wspomniałem wcześniej, poranne zajęcia każdego dnia poświęcone były innemu uderzeniu. Kolejno FH, BH, gra wolejowa, woleje i smecze, gra deblowa. Do tego zawsze ćwiczony był serwis. Na każdych zajęciach pierwsze 45 minut poświęcane było na “powtórzenie materiału” z dnia poprzedniego.
Trafiłem do grupy najbardziej zaawansowanej liczącej sześć osób. Tu pozwolę sobie na dygresję. Kto mnie zna może sobie wyrobić zdanie o poziomie osób przyjeżdżających w to miejsce. W mojej opinii, La Manga Club jest idealnym miejscem dla ludzi z poziomu do 4.0 NTRP. Wyżej zaawansowani gracze przyjeżdżając tutaj powinni raczej umawiać się na lekcje indywidualne z dobrze przygotowanymi do tej roli trenerami (nie znam kosztów).
Część z instruktorów to Brytyjczycy, a część Hiszpanie (mówiący po angielsku). Kadra jest bardzo miła, cierpliwa i o dużych zdolnościach do przekazywania wiedzy tenisowej. Zajęcia prowadzone są w sposób luźny, z humorem, ale bez taryfy ulgowej. Niezależnie od wieku tempo zajęć jest intensywne, a wykorzystanie czasu pełne. Oprócz techniki użytkowej, przy okazji ćwiczona jest ogólna kondycja.

Każde zajęcia rozpoczynają się rozgrzewką bez rakiet trwającą około 10 minut. Drobna przebieżka wokół kortu, kroki dostawne, krzyżowe, bieg z podnoszeniem kolan i odbijanie pięt o pośladki, krążenie ramion w tył i przód, naprzemienne. Po takich kilku okrążeniach następuje część poświęcona rozciąganiu górnych i dolnych części ciała. Sporo czasu poświęcane jest stawom barkowym i kolanom. Rozgrzewka jest przeprowadzana naprawdę bardzo solidnie i przykładana jest do niej duża waga.
Same zajęcia to czysta przyjemność. Wprawa z jaką trenerzy “rzucają” piłki jest bliska żonglerce. Na korcie wciąż znajduje się minimum czterech graczy (jeden lub dwóch zbiera piłki po drugiej stronie), którzy ani przez chwilę się nie nudzą. Tuż po uderzeniu następuje dobieg, uderzenie, powrót narzuconym krokiem tenisowym i następuje kolejna runda. Wszystko tak zorganizowane, że poszczególni zawodnicy mimo, że znajdują się na korcie wzajemnie sobie nie przeszkadzają. Po chwili następuje zmiana punktu startowego dla graczy (plus zmiana zbierających piłki) i zabawa rozpoczyna się od nowa. Ćwiczone są różne elementy i sekwencje, piłki podawane z różną głębokością w zależności jak dany gracz radzi sobie z danym ćwiczeniem. W tym miejscu należy podkreślić, że uwaga trenerów, mimo zajęć grupowych jest dość selektywna. Każdy otrzymuje swoją dawkę porad. Po wykonaniu narzuconej sekwencji trener tłumaczy pojedynczym osobom błędy i co należy robić, aby je wyeliminować. Oczywiście głośne wskazówki mają miejsce cały czas: “niżej nogi”, “pochyl głowę”, “dłużej prowadź rękę”, “mniej topspinu”. Akurat wymienione głównie odnoszą się do mnie.

Zajęcia z taktyki – dodatkowa godzina po 30 minutowej przerwie, to w mojej opinii najbardziej użyteczny punkt programu każdego dnia. Czas ten poświęcony jest zagraniom, które uczą wykorzystania geometrii kortu, przewagi sytuacyjnej, uczenia się zachowania w sytuacji pod presją. Praktycznie większość czasu to gra na punkty. Dwóch graczy jest championami (mistrzami) i dwóch jest challengerami (atakującymi mistrza). Aby wymienić się rolami trzeba zdobyć dwa punkty z rzędu i to według z góry narzuconego scenariusza. Adrenalina buzuje, bo sprawa nie jest prosta, ale satysfakcja duża jeżeli się uda.
Generalnie dużo czasu w ciągu zajęć to gra na punkty. Dużą wagę przywiązuje się do tego aby punkty wygrywać, a nie tylko ładnie grać. Jak mówił mój trener, tenis to nie jazda figurowa. Liczy się efektywność. Trening popołudniowy to miniturnieje lub krótkie mecze przy stale zmieniających się partnerach. Gra się zarówno singla jak i debla (także miksty). Podczas rozgrywek można wygrać nagrody w postaci voucherów, które można wydać w sklepiku ośrodka. Mi powiodło się dwukrotnie, w związku z czym wyjechałem z La Mangi z piękną koszulką Wilsona.

Warunki…
Treningi odbywają się tylko na kortach ziemnych. Są bezpieczniejsze dla graczy, którzy bądź co bądź są amatorami o różnym stopniu zaawansowania. Wymusza to pewnie także fakt, że są one położone blisko siebie w odpowiedniej ilości dla grup liczących około dwudziestu osób. Korty utrzymane są rewelacyjnie. Po każdej grze natychmiast wchodzi ekipa, która na melexach siatkuje korty (siatka przyczepiona z tyłu), równa je i nawilża. Co ciekawe linie są w postaci wkopanego betonu/kamienia (nie wiem co to jest), a nie jak u nas z plastiku. Bywają dość śliskie, ale są równe z nawierzchnią, co ogranicza dziwne zachowanie piłki, jak to bywa na rodzimym “podwórku”.

Podsumowanie…
Osobiście uważam pobyt w La Manga za udany. Nie wiem czy stałem się przez tydzień lepszym tenisistą. Być może tak, być może nie. W każdym razie spędziłem aktywnie czas, nie leżałem plackiem nad basenem lub morzem. Porządnie się zmęczyłem, pobiegałem, zagrałem kilka winnerów – a wszyscy wiemy, że nic tak nie cieszy jak soczysty FH zagrany o poranku. Nie wiem czy za rok wybiorę się do La Mangi, ale na pewno będę taką opcję brał pod uwagę.
Dla chętnych podkreślę, iż akademia jest skierowana tylko i wyłącznie dla amatorów. Osoby z NTRP powyżej 4.0 mogą być rozczarowane poziomem osób, które uczestniczą w zajęciach. Pojedynki z nimi zwyczajnie nie będą miały większego sensu. Jednak dla graczy na poziomie, który ja reprezentuję (około 3.0), La Manga to ciekawa propozycja na wakacje z rakietą.

Obiektyw