Kowalczyk: Znowu gówniane turnieje, kasa i punkty…

O niełatwym życiu zawodowego tenisisty od tej ludzkiej, przyziemnej strony rozmawiamy z czołowym deblistą Polski Mateuszem Kowalczykiem, który po niezwykle zaciętym maratonie ostatecznie musiał uznać wyższość szóstej pary światowego rankingu  – Marcel Granollers/Marc Lopez

 

Jaki moment okazał się decydujący w spotkaniu z jedną z najlepszych par świata? Niewykorzystany meczbol w trzecim secie, czy pechowo przegrana końcówka meczu?

 

Przede wszystkim to szkoda tych dwóch piłek meczowych. 4,5 godziny walki poszły na marne. Jestem wkurzony, zostawiłem na korcie całego siebie, całe swoje serce. Walczyliśmy jak równy z równym z szóstą parą świata. Te meczbole to była szansa dla mnie i dla Igora żeby coś w tym turnieju ugrać, żeby zdobyć punkty i kasę. Najbardziej szkoda tych punktów, bo przez to teraz znowu musimy wracać do tych gównianych challengerów, będziemy walczyć o gówniane punkty i gównianą kasę, a przecież nasza gra pokazuje, że powinniśmy być wysoko w rankingu, powinniśmy grać w największych imprezach. Niestety, takie jest to życie tenisisty, że ciężko jest się przebić do tej czołówki, a przez challengery Jak gciężko skoczyć wyżej. Jestem wykończony, pod koniec łapały mnie już niezłe skurcze.

 

Ostatnio świetne wyniki odnosiliście na challengerze w Pradze oraz w Hellbron. 

 

Co z tego, mimo że wygraliśmy to są małe punkty, nie ma co porównywać takich turniejów do ATP czy Szlemów. Challengery, nawet wygrane to nic przy 1/4 finału ATP czy Wimbledonu. Mamy tyle punktów co za jeden mecz tutaj.

 

Teraz gra Pan wraz ze Slowakiem Igorem Zelenayem. Jak układa się wasza współpraca i czy jest Pan z niej zadowolony?

 

Jak najbardziej, współpraca idzie dobrze, teraz jeszcze się zgrywamy, nabieramy doświadczenia, ale wszystko idzie w dobrym kierunku. Z Igorem złapaliśmy wspólny język. Z żadnym z Polaków grać nie mogę, nie łapalibyśmy się do drabinek.

 

Jak wylądają Pana najbliższe plany?

 

Teraz wracam znowu do challengerów za tydzień, później mam nadzieję, że uda się dostać do ATP w Umagu – tam będziemy walczyć. Celem na koniec sezonu jest miejsce w czołowej 60, czy 70. rankingu ATP Doubles, żebyśmy mogli spokojnie łapać się do “250”.

 

Jak ma się Pana sytuacja pod wzgędem finansowym?

 

Powiem tak, za sam udział w I rundzie zarobiłem więcej niż mam “prize money” w tym roku. To najdobitniej świadczy o tym ile się zarabia w deblu w challengerach. Generalnie dokładam, żeby coś zarobić muszę całą imprezę wygrać. Za udział czy 1/2 finału dostaję 400 euro. To w ogóle ma się nijak do moich kosztów, wydatków, gdzie muszę sobie opłacić trasport, trenera itd. Są osoby, które mi pomagają i to tak naprawdę dzięki nim cały czas gram, inaczej już bym dawno z tym skończył. Bardzo pomaga mi też klub – Dariusz Lukaszewski, oraz inni bez których nie dałbym sobie rady – Stanisław Huras, Pan Dziuba, Jacek Janas, prezes Tauronu. Ponadto udało mi się podpisać umowę z firmą Rafako, która mnie będzie w najbliższym czasie sponsorować.

A jeżeli chodzi o Pański sztab szkoleniowy?

Obecnie nie mam trenera ponieważ mnie na niego nie stać. Podczas turniejów jestem z reguły sam. Można powiedzieć, że sam sobie jestem trenerem. Wierzę, że mogę coś osiągnąć i dążę do tego, aby moje dziecięce marzenie się spełniło.

 

Rozmawiał w Londynie: Piotr Dąbrowski