Australian Open: Panowie grają dalej. Panie były blisko

Szósty dzień zmagań na Australian Open był, jeśli można tak powiedzieć, połowicznie szczęśliwy dla reprezentantów Polski. Dziś dzień polscy kibice zaczęli od teoretycznie treningowego kortu numer 19. Tam o awans do III rundy turnieju deblowego walczyła Alicja Rosolska. Partnerowała jej nieśmiała poza kortem, ale pełna waleczności na nim Japonka Eri Hozumi. Ala wyraźnie upodobała sobie zawodniczki z Kraju Kwitnącej Wiśni, gdyż wcześniej partnerowała jej m.in. Nao Hibino. Po drugiej stronie kortu będąca w jednym z najlepszych tenisowo okresów w życiu Polka miała miks stanowczości i siłą, czyli białorusko-amerykański duet Taylor Townsend Aleksandra Sasnowicz. Szczególnie w drugim secie Alicja i Eri pokazały kawał serducha, ale w tych decydujących momentach więcej argumentów miały, niestety, rywalki.

Dałyśmy z siebie wszystko. Są dni lepsze, są dni gorsze. Niestety dziś to my miałyśmy ten gorszy dzień. Starałyśmy się jak najdłużej utrzymać się w tym meczu. Pomimo gorszej gry grałyśmy do końca i niestety przegrałyśmy. Schodząc z kortu faktycznie jest smutek, jest żal, że się nie wygrało, ale z drugiej strony życie się toczy dalej, mecz i tak już się skończył. Lepiej wyciągnąć jakieś wnioski i pozytywnie patrzeć na przyszłość.

Właśnie uśmiech i radość z obecności na korcie biła z osoby naszej wybitnej deblistki. Pamiętajmy, że do sobotniej przegranej Polka prezentowała się lepiej niż świetnie. W poprzedzającym Australian Open turnieju w Sydney Rosolska wraz z Hozumi znalazły pogromczynie dopiero w finale. A grały tam z Aleksandrą Krunić i na dokładkę z jedną z najlepszych deblistek świata Kateriną Siniakovą. Nic więcej mówić nie trzeba.

Wydaje mi się, że przeciwniczki, a już szczególnie Sasnowicz, była bardzo solidna dzisiaj na korcie i nawet na siatce grała całkiem nieźle. Niby jako singlistka powinna pokazać jakieś minusy, ale dzisiaj naprawdę sobie świetnie radziła. Taylor grała deblowo i przez jej leworęczny serwis i w ogóle lewą rękę było naprawdę ciężej returnować. Nam niestety pierwsze serwisy tak często nie wchodziły. Na początku z returnami też miałyśmy problem, więc ciężko było dobrze zacząć punkt, żeby zagrać swoją taktykę. Niestety, na tych pierwszych uderzeniach grałyśmy za mało agresywnie i nie mogłyśmy przejąć inicjatywy. Jest niedosyt, duży niedosyt. Szczególnie po zeszłym tygodniu, gdzie naprawdę dobrze grałyśmy. Ale jeszcze gram w mikście, to może tam się odegram.

Mająca za sobą już 49. turniejów wielkoszlemowych Rosolska podkreśla, że po tylu latach rywalizacji tenis nadal sprawia jej przyjemność.

Teraz już tyle tego było, że już nie wszystko pamiętam. Ale na pewno Australia to najfajniejszy turniej. Dlaczego? Z wielu względów. Życie tutaj jest bardzo fajne, pogoda piękna, ludzie bardzo sympatyczni. Australian Open najbardziej dba o zawodników, ich wygodę i komfort. Co roku budują coś nowego. To szatnie, to budynki zmieniają. Organizują coraz więcej atrakcji dla ludzi, którzy przychodzą oglądać. Więcej miejsc do siedzenia i jedzenia. Bardzo fajnie zorganizowany turniej. Przez to, że wszyscy tak się starają, wszystko się dużo przyjemniej odczuwa. Wiadomo, turnieje wielkoszlemowe są zawsze najfajniejsze. Nawet nie wiedziałam ile mam do tej pory, nie liczyłam. Za każdym razem, jak jadę na turniej cieszę się, że na nim jestem, że jestem zdrowa i mogę grać. Sprawia mi to ogromną radość.

Polka opowiada jak dużo zmieniło się względem jej pierwszego w karierze Australian Open. – Różnica jest ogromna. Jest dużo więcej miejsca. Teraz jak gdzieś jemy to mamy kilka miejsc, gdzie to możemy zrobić. Jak jest pora lunchu to nie trzeba do szatni wchodzić i szukać jakiegoś kawałka podłogi, żeby zjeść lunch. Można spokojnie usiąść przy stolikach. Oczywiście w górę poszły też nagrody za zwycięstwa. Na akredytacjach mamy też nieco więcej, czyli jak coś jemy to nie musimy się specjalnie ograniczać. Mamy też taki prezent, że mamy za darmo wciągniętych. Fajniejsze są też upominki dla zawodników. Z roku na rok zmieniają i zmieniają, a człowiek się do tego wszystkiego bardzo szybko przyzwyczaja, bo są bardzo pozytywne.

Teraz Ali pozostała już tylko rywalizacja w mikście, gdzie w parze z Nikolą Mekticiem trafiła na bardzo ciekawych rywali. Dlaczego ciekawych? Bo z krajowego podwórka – wielki deblista Łukasz Kubot i coraz lepsza seniorska singlistka – mistrzyni juniorskiego Wimbledonu 2018 – Iga Świątek.

Niby rywale z krajowego podwórka, ale tak naprawdę nie miałam nigdy z Łukaszem tej przyjemności ani grać, ani trenować. To będzie nasz pierwszy mecz. Wiadomo, że Łukasz prezentuje światowy poziom, więc na pewno będzie to ciężki mecz.

Dla Polaka będzie to pierwszy mecz gry mieszanej od dwóch lat. Łukasz Kubot opowiada o kulisach współpracy mikstowej z 17-letnią warszawianką. – W związku z tym, że nie gram z Marcelo Melo to biorąc pod uwagę, że chcę zostać jak najdłużej w Australii, a Iga akurat była w Melbourne i wygrała turniej w Wimbledonie i my też z Robertem Lindstedtem wygraliśmy tutaj w 2014 roku wiedziałem, że może być może być jakaś szansa na dziką kartę. Dlatego zapytałem się najpierw szczerze Igi czy w ogóle to wchodzi w rachubę, czy chce grać. Powiedziała, że tak i potem zapytałem dyrektora turnieju. Nie szukałem innej tenisistki, tylko zależało mi żeby zagrać z Igą. Oczywiście z Alą Rosolską też, ale ona mówiła, że gra z Nikolą Mekticiem i potem tak się wszystko poukładało, że gramy przeciwko sobie. Taka była moja prośba. Craig powiedział, że da nam dziką kartę. Ja dowiedziałem się o tym dopiero, jak grałem pierwszy mecz w deblu. Myślę, że będzie to ciekawe połączenie i zobaczymy. Mam nadzieję, że obojętnie jaki będzie tego wynik, to będzie to też doświadczenie kolejne dla Igi, aby jak najszybciej dostała się na najwyższe szczeble i najwyższe turnieje. Wierzę, że będziemy mieli radość z gry.

Ale odeszliśmy trochę od poprzedniego wątku, a więc gry podwójnej. Przegrała Ala, ale swoje spotkanie zaczął już Łukasz Kubot. Miła niespodzianka, bo Polak razem z partnerem Horacio Zeballosem został przez organizatorów przeniesiony z kortu numer siedem na jedną z głównych aren Australian Open – Show Court 3. Tam czekała już para Francuzów – Fabrice Martin oraz dobry przyjaciel Kubota – Jeremy Chardy.

Nie było może jakiś niezwykłych uderzeń, ale trzymaliśmy dyscyplinę, która procentowała przez półotra seta. Potem przeciwnicy złapali moment i skończyło się tak, że tego drugiego przegraliśmy i byliśmy break do tyłu w trzecim secie. Cieszy to, że wróciliśmy do gry, zmieniliśmy taktykę. Grając z singlistą obok siebie jest dużo opcji. Czasami to nawet trochę przeszkadza, bo tych opcji jest za dużo. Trzeba brać takie zwycięstwa, bo to jest turniej wielkoszlemowy i wszystko się może zdarzyć.

Polak odniósł się też do dawnej współpracy z jednym z Francuzów – Jeremym Chardym. – Wiemy, że Jeremy fantastycznie gra w Australii, i singla i debla. Pamiętam, jak razem graliśmy kapitalny mecz z Bryanami na Hisense. Nawet jest na YouTube gdzieś jego wymiana, gdzie zagrał czterdzieści piłek przez siatkę. Pamiętam też, jak dochodził do ćwierćfinału w singlu tutaj pokonując po drodze m.in. Del Potro. Wiem, że te warunki mu sprzyjają. Fantastycznie zaczął sezon – półfinałem w Brisbane. Grał też świetne pięć setów z Aleksandrem Zverevem. To bardzo niebezpieczny tenisista. Wiedzieliśmy, że dostaniemy jedną, dwie szanse i tak faktycznie się złożyło.

Łukasz Kubot ma świadomość, że potrzeba czasu, żeby zgranie z partnerem Horacio Zeballosem było na wyższym poziomie. – Na to potrzeba czasu. Najważniejsze, że wygrywamy i dwa mecze trzysetowe, nawet jeżeli kolejny będzie trzysetowy to z takim happy endem bierzemy to.

Tak jak w dorosłym turnieju jeden Polak awansował w sobotę dalej, a jedna Polka odpadła, tak wśród juniorów sytuacja była tożsama. Najpierw na korcie 20 z Japonką Moyuką Uchijimą w swoim debiucie w turnieju wielkoszlemowym zawalczyła pochodząca z Zielonej Góry 17-letnia Martyna Kubka. Silna, wysoka i atletycznie zbudowana Polka w pierwszym secie nie miała zbyt wiele do powiedzenia ze znacznie bardziej doświadczoną rywalką.

To jest mój pierwszy turniej wielkoszlemowy, więc wszystko jest nowe. Jestem zadowolona, ale wiadomo, że dopiero poznaję to otoczenie. Na pewno jestem smutna, że przegrałam. W pierwszym secie to w ogóle nie wiedziałam o co chodzi. Miałam problem z returnem, prawie przez cały mecz, ciężko było skontrolować piłkę. Pierwszy raz grałam na tym korcie.

Tenisistka jest z tego samego rocznika, co warszawianka Iga Świątek, czy dąbrowianka Maja Chwalińska. Podkreśliła, że w drugim secie miała więcej szans na grę. – W drugim secie było już trochę lepiej. Miałam szansę na przełamanie w trzech gemach. Nie przeglądałam profilu Japonki, ale zgaduję, że już grała turnieje wielkoszlemowe. Nie przepadam za śledzeniem zawodniczek przed meczem (śmiech). Na pewno wygrała doświadczeniem i wierzę, że następne takie imprezy wyjdą lepiej. Miałam sporo dobrych akcji, ale niestety przegrałam tym, że zrobiłam za dużo błędów. Returnu nie mogłam zamortyzować za cholerę (śmiech). Szczerze to myślałam, że będzie gorzej, że będą mi się ręce trzęsły przed meczem, a nic takiego nie miało miejsca. Na początku myśli mi trochę krążyły i jestem tylko trochę wkurzona za tego drugiego seta.

Patrzymy w “Order of Play” a tam jako ostatnia para na korcie numer pięć mamy pogrubioną czcionką napisane: MAREK, Wojciech (POL) vs KLOPPER, Joubert (RSA). Rywal bliżej nie znany, ale wymagający. Ale mimo tego tylko w drugim secie zdołał nawiązać dosyć wyrównaną walkę z rosłym Polakiem. Bytomianin nie dał pochodzącemu z Republiki Południowej Afryki rywalowi zbyt wielu szans na zaprezentowanie swoich umiejętności. Po meczu obłożony torbami Wojtek opowiadał o tym, że zanim dotarł na kort mógł już sobie odpuścić rozgrzewkę, bo ta miała miejsce podczas kilkunastominutowego jogingu z nieco oddalonego National Tennis Centre.

Miałem lekki stres, bo szedłem na korty dziesięć minut i już myślałem, że będę musiał skreczować. To było mega męczące. Z wielkimi emocjami wszedłem na kort, ale jak zacząłem grać to było ok.

Niby na mapie wydaje się blisko, ale proszę mi wierzyć, że przebić się teraz przez tłumy szturmujące Melbourne Park podczas turnieju (i to w weekend!) nie jest łatwo. Chociaż na pewno nie zaszkodził prawie już dwumetrowy wzrost i szerokie ramiona. W końcu nie tylko na korcie trzeba umieć się przepychać.

Rywal zdobył pięć gemów, a Wojtek z uśmiechem na ustach opuścił największy tenisowy kompleks Australii. – Podszedłem do tego na spokojnie. Miałem już w zeszłym roku duże emocje za sobą i teraz wiedziałem z czym się mierzę. Od początku meczu grałem agresywnie, miałem takie założenia taktyczne i realizowałem je. Ten drugi set nie szedł do końca po mojej myśli, nie returnowałem dobrze, spóźniałem uderzenia. Z czasem zacząłem trochę defensywnie grać. Mimo wszystko serwis mnie cały czas ratował, dzięki niemu wychodziłem z opresji i tak też dokończyłem mecz i agresywnie zagrałem na końcu. Zawsze pierwszy mecz jest inny. Nie jestem też przyzwyczajony do tylu ludzi, bo normalnie gram turnieje, gdzie ogląda mnie pięć do dziesięciu osób. Jest to coś innego, ale mam już pierwszy mecz za sobą i z każdym kolejnym będzie lepiej. 

Twardy chłopak z tego Marka (Wojtka… Marka). W sobotę na kostkach obu nóg grał ze stabilizatorami. Na całe szczęście to tylko środek zapobiegawczy. – Po Pucharze Davisa skręciłem poważnie kostkę, zostałem wykluczony z turniejów. Już miałem plany, żeby jechać do Japonii na dwa turnieje juniorskie, podbudować mój ranking juniorski, niestety to się nie udało. Teraz ze zdrowiem jest ok, w stabilizatorach gram prowizorycznie.

Wcześniej Marek zagrał świetnie w grze podwójnej w imprezie Grade 1 w Traralgonie, co dało mu wiele ogrania. Jeszcze wcześniej Polak opowiada o tym, jak doszło do jego wspólnych treningów z Łukaszem Kubotem. – O drugiej w nocy przyleciałem do Sydney, a trening miałem wyznaczony na dziewiątą. I tak obudziłem się o szóstej, więc nie było problemu. Zagrać z Łukaszem to świetne doświadczenie, to był taki trening deblowy. Miałem okazję coś się podpytać i nauczyć.

I tak zatoczyliśmy koło. Od seniorów do juniorów. Jutro kolejne emocje, a największe będą na pewno na korcie ósmym, gdzie około pierwszej w nocy polskiego czasu w turnieju gry mieszanej Łukasz Kubot i Iga Świątek zagrają przeciwko duetowi Nikola Mektic/Alicja Rosolska.

Z Melbourne dla TenisNET: Piotr Dąbrowski