Alicja Rosolska: Dzięki synowi jestem spokojniejsza

744

Alicja Rosolska oraz Nowozelandka Erin Routliffe awansowały do ćwierćfinału gry podwójnej wielkoszlemowego Wimbledonu. Z polską deblistką rozmawiamy o tym, jak bardzo brakowało jej Wimbledonu i jak bardzo zmieniła się zarówno jako osoba i tenisistka po przyjściu na świat swojego syna.

Na Wimbledonie Alu masz niejako dwa etaty. Zawodniczka i mama. Trudno to pogodzić?

Na pewno nie jest łatwo, ale na Wimbledonie mam przedszkole, które i tak jest tylko wtedy, gdy ja mam mecz, a później próbujemy tak podzielić role, że jak meczu nie mam, to z rana wychodzę na spacer z synem, wracamy do domu, robimy drugą drzemkę, a moja siostra zabiera synka na długi spacer, mąż może przyjść i pomagać mi w treningu. Potem jemy wszyscy razem, więc spędzamy cały czas mimo wszystko rodzinnie i nie korzystamy tak dużo z przedszkola Wimbledonu, jeśli nie ma takiej potrzeby. Mimo wszystko chcę, żeby miał też kontakt z dziećmi, a nie przebywał tylko wśród dorosłych i aklimatyzować go do funkcjonowania z dziećmi, bo uważam, że to dla niego jest też bardzo ważne. Staramy się łączyć dobre z pożytecznym.

Bardzo tęskniłaś za tym turniejem?

Ja bardzo lubię wracać na Wimbledon. Bardzo lubię ten turniej i zdecydowanie jest to jeden z moich ulubionych. Odkąd doszłam tutaj do półfinału to mam zawsze z tyłu głowy, że mogę zrobić tutaj dobry wynik. Teraz mam też fajną, stałą partnerkę, z którą gramy już od dłuższego czasu, która też lubi grać na dwa, trzy uderzenia i prezentuje bardzo agresywny styl, który moim zdaniem jest idealny na trawę. W ostatnim tygodniu mogłyśmy zagrać trochę więcej meczów, więc uważam, że miałyśmy naprawdę dobre przygotowanie pod Wimbledon.

Bo styl gry Erin i twój predestynuje was do osiągania świetnych wyników na Wimbledonie.

Tak. A w zasadzie to niby tak, bo na ziemi i Roland Garros też dobrze pograłyśmy. Ten styl gry na pewno pomaga nam na trawie, ale z drugiej strony potrafiłyśmy się również dobrze odnaleźć na clayu. Ważne jest też to, że z Erin możemy zawsze obgadać, czego powinnyśmy użyć w danym momencie. To bardzo pomaga.

Mówiłaś niedawno, że nieco Cię frustruje, że ranking deblowy nie dogania gry. Teraz czujesz, że po ostatnich dobrych występach zaczyna się to zmieniać?

Tak, zdecydowanie. Teraz uważam, że jestem na dobrej drodze, by wrócić tam, gdzie powinnam. W końcu weszłam do pięćdziesiątki WTA, ale chciałabym wejść do dwudziestki. Teraz mam znacznie większe doświadczenie, a Charlie jest już większym chłopcem, więc jest troszkę mniej obowiązków z nim związanych. Wcześniej przykładowo karmienie go po meczach zabierało sporo energii. Moje ciało już przyzwyczaiło się do większego wysiłku. Mogę więcej trenować i nie łapię kontuzji, więc jeśli oczywiście ciało mi pozwala, a energii nigdy mi nie brakowało, to po prostu chcę więcej!

Wracasz czasem pamięcią do 2018 roku i półfinału debla?

Tak, zdecydowanie to jest jedno z moich najpiękniejszych wspomnień. Inne wspomnienie to Fed Cup z 2014 roku (Więcej: https://www.tenis.net.pl/polska-grupie-swiatowej/), gdzie decydującego debla grałam z Agnieszką Radwańską w Barcelonie przeciwko Hiszpankom. Wtedy weszłyśmy do Grupy Światowej i to było coś niesamowitego. Wiadomo, że Wimbledon gram dla siebie, a w Fed Cup dla reprezentacji Polski. To też jest taka dodatkowa motywacja i czasem sobie te momenty wspominam.

Z Erin macie podobne poczucie humoru, czy interesujecie się podobnymi rzeczami?

Dogadujemy się bardzo dobrze. Jest bardzo sympatyczną i pogodną dziewczyną. Lubi się śmiać, miło się z nią spędza czas. Przed Roland Garros pojechała ze mną do Warszawy i spędziłyśmy tydzień w naszym domu, ale nie miałam okazji jej wiele pokazać, bo i tak trenowałyśmy, a jak jestem z Charlie’m to po treningach zawsze się opiekuję synem, ale byłyśmy na warszawskiej Starówce i pokazałam Erin Stare Miasto oraz Wilanów i bardzo jej się podobało. Natomiast na turniejach ona idzie swoją ścieżką, a ja swoją. Ale jak byłam bez rodziny na turnieju, to wtedy chodzimy razem na kolację, ale zazwyczaj ja po meczach od razu idę do rodziny i tam mam swoje zadania w roli matki. Erin to świetnie rozumie. Czasami przychodzi się pobawić z Charlie’m i go rozśmieszać. Ma bardzo dużo koleżanek na Tourze, więcz często ogląda inne zawodniczki, wspiera je, a później chodzą razem do kina.

Bycie matką nauczyło Cię być jeszcze spokojniejszą?

Chyba tak. Naprawdę. Faktycznie, jest coś takiego, że jak Charlie coś nabroi, to już się tym tak nie przejmuję. Ostatnio z siostrą widziałyśmy, że nie był w humorze i był zmęczony. Pomyślałam, że powinien coś zjeść przed spaniem. Razem zrobiłyśmy mu mleczko i wyrzucił całą miseczkę. Moja siostra już się zestresowała, a ja spokojnie powiedziałam : „Oj, życie”. I czasami jak już coś nie wyjdzie na tym korcie to mam podobne podejście. Jak nie to mleczko to następne (śmiech). Jeżeli tylko mam czas, od razu biorę syna, żeby z nim spędzać czas. Teraz w Londynie jesteśmy razem, jest też siostra i babcia dojechała, ale mama to mama. Wiem, że mały lubi spędzać ze mną czas, zawsze się uśmiecha, gdy mnie widzi. Chodzi do przedszkola podczas moich meczów, żeby zachować balans, żeby był otwarty na innych, bawił się z dziećmi. Ale pomaga mi, gdy wieczorami mogę go nakarmić i wykąpać, bawimy się. Wczoraj tak się śmialiśmy, że aż pozostali domownicy siedzący na tarasie słyszeli, jak chichotaliśmy. Dzięki temu nie siedzę w pokoju i nie – o jutro mecz, nie nakręcam się, nie buduję presji. Najważniejszy jest teraz synek i na czasie z nim się koncentruję.

Co to znaczy dla Ciebie, że twoja kariera trwa już tyle lat, a wciąż grasz tenis predestynujący cię do zwycięstwa w Wielkim Szlemie?

– Ale zależy jak na to spojrzeć. Można też tak, że tyle już tych szans było przez te lata, a wciąż nie udało się wygrać. Z drugiej strony, faktycznie, lata lecą, ale czuję się coraz lepiej, jestem na korcie spokojniejsza, uważam, że gram mądrzej, refleks mimo wszystko mi nie uciekł, choć w zeszłym roku po porodzie ciało miałam zbyt luźne, ale powoli dochodziłam do siebie. Dzisiaj jestem już „sharp” – w formie, zbita, gotowa do gry.

A jak się czujesz względem 2018 roku, gdy byłaś w półfinale Wimbledonu?

Czuję się nieco inaczej. Wtedy wszystko było dla mnie po prostu nowe. Dzisiaj, po kilku latach różnych doświadczeń, byłam już na tym etapie. Jak wygrałyśmy, Erin aż krzyknęła z radości, bo po raz pierwszy w karierze awansowała do ćwierćfinału Wielkiego Szlema, więc to było takie o! Z tymi dziewczynami wygrałyśmy już w tym roku w Miami, więc wiedziałam, że jesteśmy na dobrej drodze i jak zagramy swoje, to jesteśmy w stanie to powtórzyć. Dlatego koncentrowałam się na naszej grze, wyszłam na kort, żeby zrobić swoją robotę, nie myślałam, o jaki etap turnieju walczymy. I robota została dobrze zrobiona, mam nadzieję, że do następnego meczu też podejdę na takim luzie.

Czy młodsze koleżanki z reprezentacji w Pucharze Federacji radzą się ciebie jako tej najbardziej doświadczonej – jak sobie radzić w deblu?

– Rozmawiam często z Kasią Piter, która powtarza, że jakby miała wybierać trenera, to ze mną, ale staram się jej na bieżąco pomagać. Pozostałe dziewczyny mają swoje sztaby. Iga dzwoniła do mnie, gdy po Rzymie rozważała wycofanie z turnieju w Madrycie – co o tym myślę. Ja na to, że chciałabym mieć takie problemy, ale z moimi latami nigdy nie byłam w jej sytuacji, nigdy nie wygrałam Wielkiego Szlema i nie miałam tylu zwycięstw, więc nie wiem, co ci doradzić; po prostu słuchaj się swojego teamu, na pewno wiedzą lepiej. No i pracujcie tak dalej, bo robicie super robotę.

Rozmawiał w Londynie: Piotr Dąbrowski