Obecnie najlepszy polski junior Alan Ważny opowiada o Wimbledonie, początkach tenisowej drogi i komu założył siatkę podczas gry w „dziadka” na kortach treningowych.
Jak to się w twoim przypadku zaczęło? Od razu polubiłeś tenis, czy musiałeś się z czasem z rakietą dogadać?
Można powiedzieć, że też przypadek, bo nie było to tak, że tata powiedział, że ma być tenis i tylko tenis. Po prostu chciał mnie zapisać na jakiekolwiek zajęcia sportowe i pierwszym wyborem akurat był właśnie on. No i na pierwszym wyborze się skończyło. Miałem pięć, sześć lat jak zacząłem, więc już na pierwszych zajęciach bardzo, bardzo mi się spodobało. Ale na pewno na początku to nie była jakaś poważna gra. Najważniejszy był ruch i dobra zabawa. Później zaczęliśmy chodzić raz, czy dwa razy w tygodniu ze znajomymi z klasy, więc traktowałem to jako po prostu zabawę i po jakimś czasie trener powiedział, że lepiej byłoby zacząć zajęcia indywidualne, bo odstaję od grupy bardzo widocznie, widać talent i że powinienem sam zacząć więcej pracować. I od tego zaczęła się już przygoda na tym poziomie nieco bardziej zaawansowanym. Były turnieje mikołajkowe, czy coś takiego na początku, a potem tenis 10, U12, U14 i tak dalej
Ty w pewnym momencie sobie zdałeś sprawę, że chcesz być tenisistą, chciałbyś związać życie z tą dyscypliną i kolejne sukcesy pokazały Ci, że to ma sens?
Nie, na pewno to szło raczej po kolei. Przez pierwsze lata to była po prostu zabawa i jakby cały czas jest to zabawa, bo nie da się robić czegoś, czego się nie lubi czy nie kocha. Teraz to po prostu jest troszkę bardziej profesjonalna zabawa. Mam nadzieję, że będę grał zawodowo, trenuję tak, żeby grać zawodowo, ale też mam z tego fun, bawię się tym, bo jest to też moje hobby. Ale szło to takimi etapami. Najpierw była totalna zabawa bez żadnych oczekiwań, bez żadnych wymagań.
Złapałeś zajawkę na tenis?
Tak, a potem, gdy zacząłem np. grać w jakiejś mistrzostwa Polski i zobaczyłem, że robię finał czy wygrywam, to wtedy zaczęło się bardziej takie podejście profesjonalne, że może warto spróbować iść w ten tenis, bo mam do niego większe predyspozycje.
Jak w twoim wypadku wygląda sprawa łączenia kariery tenisowej ze szkołą?
Ja przez ostatnie pięć lat łączyłem tenis ze szkołą w ten sposób, że przeszedłem do szkoły brytyjskiej online. Wszystkie zajęcia miałem online, nauczyciele byli bardzo pomocni, przesuwali mi jakieś zadania, sprawdziany, starali mi się pomóc jak najbardziej mogli i teraz w tym momencie właśnie kończę już szkołę.
Maturę jeszcze chcesz zdawać, a później już stawiasz absolutnie na zawodowy tenis, tak?
Tak, ale nie będę zdawał polskiej matury, tylko brytyjskie A-levels i nie będę tego robił w tym roku, tylko za rok. Kończę szkołę, ale egzaminy robię za rok, bo w tym roku terminy mi tak średnio pasowały, bo wypadały akurat podczas prawie wszystkich szlemów, więc zostawiłem sobie to na przyszły rok. No i tak, na pewno dam sobie 2-3 lata na granie profesjonalne, zobaczę, jak to pójdzie i następnie będę myślał co dalej.
Masz jakkolwiek kogoś, na kim się wzorowałeś, miałeś w dzieciństwie jakiegoś idola, człowieka, na którego spoglądałeś?
Tak, całe życie, od samego w sumie początku Rafa Nadal to był mój idol. Oglądałem jego każdy mecz, nawet jak w Australii grał o trzeciej w nocy to wstawałem oglądać. Zdecydowanie Rafa.
Wyróżniłbyś jakkolwiek jakieś swoje uderzenie, czy jesteś tenisistą all-round, wszechstronnym absolutnie?
Na pewno już na takim poziomie to trzeba umieć zagrać wszystko, bo jak nie umiesz czegoś, no to przeciwnicy to wykorzystają, ale na pewno można powiedzieć, że mój forhend jest jedną z mocniejszych stron.
Wiadomo, że nie samym tenisem człowiek żyje, jeżeli chodzi o jakieś twoje pasje, coś poza tenisowego? Jakaś książka, serial czy gry komputerowe?
Teraz gry komputerowe już niestety nie. Kiedyś tak, ale teraz wydaje mi się, że już wyrosłem trochę z tego. Jeszcze tak dwa lata temu to jakieś Formuła 1 czy Fortnite z kolegami. Ale teraz już właśnie nie mam takiej zajawki do tego totalnie. Nawet siedząc w domu nie mam zapału do grania.
A jeżeli chodzi o książkę, film, jest coś, co cię przyciąga, co cię interesuje? Jaka muzyka?
Nie, raczej z takich rzeczy nie. Po prostu staram się zawsze, będąc w domu i mając czas wolny, wyjść gdzieś z moim najlepszym kolegą, którego znam w sumie całe moje życie. Więc zawsze staram się z nim utrzymywać kontakt, tylko jak jestem w domu.
Jak ty łączysz tenis z tym, żeby wciąż być normalnym, zwykłym chłopakiem, żeby wciąż mieć grupę szczerych, oddanych przyjaciół?
Poza znajomościami tenisowymi mam w sumie jednego najlepszego kolegę, którego znam całe życie, on nie ma nic wspólnego z tenisem i znamy od piaskownicy. Poznaliśmy się jak miałem trzy czy cztery lata, więc dlatego też staram się zawsze z nim spędzać czas, jak jestem w domu. A nie mam czegoś takiego, że potrzebuję mieć wielu znajomych, niezależnie czy z tenisa, czy spoza. Uważam, że lepszy jeden taki prawdziwy kolega od serca niż dziesięciu takich fejkowych, sztucznych.
Powiedz, jak przekraczałeś po raz pierwszy w życiu progi All England Club, to nóżki się trzęsły, stres był, czy tak po prostu wchodzisz tu jak po swoje?
Cały klub zrobił na mnie ogromne wrażenie. Może nie, że nogi się trzęsły, ale na pewno klub wygląda niesamowicie, bo wszystko jest tak eleganckie, zadbane, że naprawdę można podziwiać. Ale jeśli chodzi o jakiś stres meczowy czy coś takiego, no to on się pojawia dopiero może przed samym meczem, czy już w trakcie meczu.
Czy zwycięstwo na Roland Garros w deblu podbudowało Cię mentalnie, czy jednak wytworzyło jakąkolwiek presję?
Nie, dla mnie to po prostu taki kopniak do dalszej pracy. Ten sukces dodał mi dużej pewności siebie, bo jednak nawet wygranie turnieju wielkoszlemowego w debla to jest jednak coś bardzo dużego i w historii polskiego tenisa tylko kilku Polaków tego dokonało. Na pewno jest to coś dużego, z czego warto czerpać na kolejnych turniejach i budować swoją wartość czy pewność na tym.
Jesteś jednym z bardzo niewielu polskich juniorów w historii, którzy dotarli tak wysoko w turnieju singlowym.
Nie jest źle, nie jest źle, ale idziemy po więcej.
Miałeś okazję coś zwiedzić, coś zobaczyć, spotkać kogoś, zapytać o radę, może wymienić się kilkoma uwagami?
Jeszcze nie, po turnieju pójdziemy, pewnie zostaniemy sobie jeden dzień i pozwiedzamy. Jeśli chodzi o tenisistów to przechodziliśmy obok siebie, czy to w szatni, czy na tej warm-up area, ale nie zamieniłem żadnego zdania z nikim, jedynie z Lorenzo Sonego pograliśmy w piłeczkę tam w parę osób.
I jak poszło, sympatycznie w miarę?
Bardzo, bardzo.
Zniszczyłeś chłopaków?
Graliśmy w dziadka i chciałem, żeby do środka wszedł i zrobiłem wszystko, żeby mu tylko siatę założyć.
Jaki inny sport byś wyróżnił, który odciąga Cię czasem od tenisa?
Lubię sobie pójść na gokarty.
Obserwujesz F1?
Obserwuję. Dwa sezony ostatnio oglądałem, tak prawie każdy wyścig, teraz tylko śledzę, jak to tam idzie. Jeszcze rok temu, dwa lata temu lubiłem sobie w piłkę pograć, a teraz już nie, bo lepiej może nie by nabawić się jakiejś kontuzji. Kiedyś już była taka historia u mnie, że naderwałem sobie lekko mięsień prosty uda przy samej pachwinie i dwa tygodnie wyjęte z życia. I co jeszcze? W kosza lubię pograć.
Jak kształtuje się twój tenisowy team?
Mam cały sztab koło siebie, swoich ludzi. Moim trenerem tenisowym jest Konrad Kolbusz. Trenerem mentalnym jest Paweł Frelik. Trenerem od motoryki jest Artur Płonka. Fizjoterapeutą jest Adrian Smolarz, a agentem Ugo Columbini.
Przed Wimbledonem nie miałeś wielu okazji, żeby zagrać na trawie, prawda?
Tak, graliśmy w Roechampton, mogliśmy tylko wejść tutaj na korty boczne, ground pass, nie mieliśmy wstępu do żadnej innej strefy.
A mogłeś trenować w ogóle na kortach Wimbledonu, tych głównych, czy dopiero jak dostałeś się do głównego?
Nie, dopiero pół godziny przed pierwszym meczem. Wcześniej wszystko Roechampton. Ale sam obieg robi naprawdę duże, bardzo duże wrażenie, bo wszystko jest bardzo zadbane. To widać, jak się przechodzi nawet z tego juniorskiego miejsca na korty meczowe, to wszystko jest takie piękne, zarośnięte i naprawdę to robi wrażenie. Bo w juniorach tak naprawdę ma się dwa turnieje, to jest Roechampton i Wimbledon. Jeszcze jest J30 w Michałówku, właśnie tam trenowaliśmy, więc na pewno to też dużo dało, że miałem w ogóle szansę pograć pierwszy raz w życiu na trawie. Nigdy wcześniej nie grałem, więc to też warto zaznaczyć.
Niski kozioł piłki, nisko na nogach cały czas?
Na pewno jest dużo niższy niż na innych nawierzchniach. Piłka czasami nieoczekiwanie odskoczy, czasami w drugą stronę, czasami się niżej odbije, czasami wyżej, czasami się poślizgnie, czasami zwolni. Tak naprawdę trzeba być gotowym w rzeczywistości na wszystko, ale naprawdę gra mi się w porządku, w sensie takim, że czuję się dość swobodnie po tych kilku meczach na trawie.
Jak podchodzisz dziś do gry podwójnej?
Do debla podchodzimy na pewno bardzo spokojnie, w każdym meczu mamy bardzo koleżeńską atmosferę, coś się pośmiejemy, więc traktujemy to bardzo na luzie. A do singla też staram się już jakby mieć coraz mniejsze oczekiwania, bo to tylko przeszkadza. Więc po prostu chcę podchodzić do tego jak najluźniej i cieszyć się z tego, że mogę tu być, bo jednak jest to duży przywilej i niedużo osób może sobie pozwolić na granie meczu, jednego chociaż na kortach Wimbledonu. Kontynuujemy bardzo dobrą grę z Rolanda, a na pewno czuję się dość pewnie i będę próbował grać jak najlepiej.
Rozmawiał w Londynie: Piotr Dąbrowski















