Agnieszka Radwańska: Wycisnęłam ze swojej kariery maksimum!

Najlepsza polska tenisistka w historii Agnieszka Radwańska opowiada o tym, jak odnalazła się po zakończeniu kariery oraz z kim bawiła się w… policjantów i złodziei.

Czujesz się tenisistką spełnioną?

Agnieszka Radwańska: Przez całą swoją zawodową karierę robiłam wszystko na sto procent. W każdym aspekcie swojej kariery starałam się podejmować jak najlepsze decyzje. Oczywiście zawsze można gdybać i chciałoby się zawsze więcej, ale robiłam wszystko na sto procent przez trzynaście lat zawodowej kariery, Mimo wszystko myślę, że i tak osiągnęłam tyle, że mając 15 lat sama bym tego nie wymyśliła. Uważam, że udało mi się zrobić wszystko co mogłam osiągnąć i z tego bardzo się cieszę.

Przez wiele lat występowałaś w reprezentacji Polski, ale chyba największy niedosyt pozostaje po spotkaniach podczas igrzysk olimpijskich.

AR: Ja zawsze powtarzałam, że występy dla Polski są dla mnie przez całą karierę bardzo ważne. Owszem, nie należały one do udanych, ale myślę też z tego względu, że jak czasami chce się za bardzo to po prostu nie wychodzi. Miałam okazję zagrać trzy razy (Pekin 2008, Londyn 2012 oraz Rio 2016). Niestety trzy razy nie było to wyniki satysfakcjonujące. Jeżeli chodzi o reprezentację to grałam w kadrze przez 10 lat tak w singlu, jak i w deblu mnóstwo meczów. Udało nam się również wejść do Grupy Światowej Pucharu Federacji z czego byłam ogromnie dumna. To była bardzo długa droga, aby tam się dostać. Myślę, że zawsze kiedy jest flaga Polski i kiedy gra hymn rozpierała mnie duma. To było zawsze najważniejsze, że gra się dla swojego kraju.

Łatwiej było wam się zaprzyjaźnić ze względu na bliskość kulturową oraz posługiwanie się tym samym językiem?

Karolina Woźniacka: Na pewno to miało duży wpływ. Ja poznałam Agnieszkę kiedy miałam około 7 lat podczas Drużynowych Mistrzostw Polski. Później grałyśmy ze sobą w juniorach, rozmawiamy ze sobą po polsku, więc to na pewno nas do siebie zbliżyło. Później jak Agnieszka zaczęła pierwsza grać na tourze to zaczęła osiągać coraz lepsze wyniki i chciałam grać tak, jak ona. Dołączyłam do niej rok później i powoli ją doganiałam. Zaczęłyśmy grać te same turnieje i to było bardzo przyjemne, że mogłyśmy pójść wspólnie na kolację, pogadać. Ale oczywiście na korcie rywalizacja zawsze jest i obie chciałyśmy wygrać. Ale poza kortem ta co wygrała, musiała stawiać kolację. I od razu znikała rywalizacja i było OK (śmiech). I przez 13 lat na tourze tak było. Teraz mi trochę przykro, że już Agnieszki nie ma i sama muszę sobie stawiać kolację, a nie odwrotnie.

Wielu ze sportowców myśli o tym, żeby po pewnym czasie reaktywować karierę. Czy Pani też o tym czasami myśli?

AR: Szczerze mówiąc nie. Wydaje mi się, że skończyłam karierę w odpowiednim momencie. Owszem, tą decyzję podejmowałam dosyć długo, ale jednak myślę, że to był odpowiedni moment i nie czuję się na siłach, aby wracać, bo zawsze wychodziłam z założenia, że albo gram na poziomie na którym grałam przez ostatnie kilka lat, albo po prostu to nie ma sensu. A jestem realistką i wiem, jak bardzo tenis idzie do przodu. A jak wiadomo człowiek nie staje się ani młodszy, ani zdrowszy więc po prostu już dalej nie widzę siebie na tourze.

Czego ci w ogóle nie będzie brakować z zawodowego touru, a za czym będziesz tęsknić najbardziej?

AR: Pierwszą rzeczą, którą mogłam zrobić kiedy przestałam grać w tenisa to spędzenie świąt Bożego Narodzenia z rodziną, bez paszportu w ręce przed lotem do Australii. Zwykle wylatywałam już drugiego dnia świąt, a po raz pierwszy w życiu w zeszłym roku mogłam spokojnie odpoczywać i cieszyć się czasem spędzonym z moją rodziną. Uważam, że to jest właśnie coś czego nie możesz często doświadczyć gdy jesteś zawodowym tenisistą i musisz myśleć o kolejnym wylocie na turniej. Teraz zaczęłam prawdziwie normalne życie. Po raz pierwszy od osiemnastu lat mogłam w spokoju wybrać się na narty i robić rzeczy na które wcześniej po prostu nie miałam czasu. Więc to jest naprawdę wielka różnica pomiędzy byciem zawodowcem, a byciem zwyczajną osobą, która w święta zostaje w domu z rodziną. Ale oczywiście nadal bardzo lubię podróżować, ale przynajmniej nie muszę nosić ze sobą dziesięciu rakiet razem z bagażem (śmiech). Na pewno będzie brakować mi atmosfery wielkich imprez. To coś, czego nie można zamienić na nic innego. Atmosfery touru można zasmakować tylko tam i nigdzie indziej na świecie. Mimo wszystko teraz po prostu staram się żyć normalnie.

Kiedy spojrzysz na siebie z początku tenisowej kariery i na to kim się stałaś przez lata i kim jesteś teraz to pod jakimi względami zmieniłaś się najbardziej?

AR: Zmieniło się naprawdę wszystko. Zostałam profesjonalną tenisistką w wieku 16 lat, wtedy wszystko, również tenis, było zupełnie inne. Wszystko się zmieniło. Może właśnie dlatego tu teraz jesteśmy. Na początku żałowałam kilku spraw, które mogłam zrobić lepiej poza kortem. Szczególnie jeśli chodzi o zapobieganie urazom. I to ciała, które nie było tak silne, jak inne w tourze. Ale mimo wszystko nie zmieniłabym niczego co zrobiłam i czego dzięki temu dokonałam.

Co najbardziej cenisz w Agnieszce?

KW: To wspaniała osoba. Dorastałyśmy razem, znam ją prawie całe moje życie. To bardzo ciężko pracująca dziewczyna. Miła, uczynna, zawsze najpierw pomyśli o innych, a dopiero później o sobie. Ma wiele wspaniałych cech, które pokazywała i pokazuje na korcie i poza nim. Wynika to z tego, że ona nie myśli tylko o sobie, jak to mogłoby być w tak indywidualnym sporcie, jakim jest tenis, ale także o innych. Bardzo się cieszę, że mogłam ją poznać, ale zawsze wiedzieliśmy, że kariera tenisistki nie trwa wiecznie i prędzej, czy później będzie musiała się skończyć. Ale wspaniałe jest to, że nasza przyjaźń trwała i będzie trwać przez całe życie. Myślę, że to także jedna z zalet tenisa: możliwość zbudowania przyjaźni i mam nadzieję, że nadal będzie o mnie pamiętać za 20 lat (śmiech).

Znacie się od lat. A dzięki tej znajomości wywiązała się między wami przyjaźń. Gdybyś miała porównać to, co sobie pomyślałaś Agnieszce po raz pierwszy, kiedy w wieku 7 lat się poznałyście i jak jej obraz w twojej głowie zmienił się przez kolejne lata znajomości?

KW: Muszę powiedzieć, że to jest dobre pytanie, chociaż nie pamiętam nawet co ja wczoraj zjadłam (śmiech). 20 lat wstecz to jest kawał życia. Nawet wtedy grałyśmy już dość poważnie w tenisa. Byłyśmy codziennie na korcie.

AR: Pamiętam, że bawiłyśmy się w policjantów i złodziei. Wtedy jeszcze bez smartfonów biegałyśmy jak szalone. Między drzewami, poza kortem.

KW: Pamiętam, że i Agnieszka i Ula bardzo dobrze już grały. Agnieszka miała świetną rękę, niesamowite czucie. Pamiętam te skróty, loby, Trzeba było się mocno namęczyć (śmiech).

AR: Musiałaś się nabiegać!

KW: No niestety (śmiech).

AR: Może dzięki temu masz teraz taką kondycję (śmiech).

KW: (śmiech). Potem jak się znowu spotkałyśmy to już grałyśmy juniorskie turnieje i występowałyśmy razem w deblu w Paryżu, jak wtedy wygrałaś French Open juniorski?

AR: Tak, w 2006 roku.

KW: W singlu wygrałaś, a my przegrałyśmy w finale w deblu. Byłyśmy bardzo blisko i się nawzajem ciągnęłyśmy w górę na korcie, żeby i jedna i druga lepiej grała. Była porządna rywalizacja nawet wtedy. Myślę, że wzajemnie się sportowo napędzałyśmy. To było bardzo fajne. Miałyśmy dobry kontakt, dobrze czułyśmy się w swoim towarzystwie i po prostu się dobrze bawiłyśmy.

A pamiętacie moment kiedy rywalizacja na korcie przerodziła się w przyjaźń?

KW: Myślę, że najpierw byłyśmy przyjaciółkami, a dopiero później na korcie stawałyśmy się rywalkami.

AR: Myślę, że zawodowy sport nie zepsuł przyjaźni między nami. Potrafiłyśmy dobrze oddzielić życie prywatne od zawodowego. Wiadomo, że spotkałyśmy się na korcie wiele razy na korcie. I w czasach juniorskich i w zawodowym tenisie. Myślę, że właśnie to jest najważniejsze, aby oddzielić te dwie rzeczy. Żeby umieć zejść z kortu tak samo przegranym, jak i wygranym. To jest normalna rzecz.

KW: Myślę, że nam też było łatwiej bo miałyśmy bardzo duży respekt do siebie nawzajem. Tak sportowy, jak i osobowy. To nie było trudne, w końcu na korcie to jedno, a poza kortem to drugie.

Jakie to miało dla ciebie znaczenie, że dzięki tenisowi stałaś się osobą rozpoznawalną, dla niektórych idolką, dopingowaną przez setki tysięcy kibiców na całym świecie.

AR: Tak naprawdę z roku na rok, mimo tego, że tyle lat było się na korcie to zawsze kiedy pojawiali się polscy kibice, czy to po wygranym, czy po przegranym meczu to jednak zawsze motywuje i pomaga. To na pewno. Ja się bardzo z tego cieszę, że czułam ich wsparcie i mimo tego, że już skończyłam grać to dalej pamiętają moje nazwisko. To bardzo buduje i czasem jak dostawałam te wszystkie nagrody to nie wierzyłam, bo jednak konkurencja jest niemała w tenisie, a mogłam te nagrody dostawać co roku. Cieszyłam się z każdej, tak jakbym dostawała ją po raz pierwszy.

Który mecz między wami najbardziej utkwił Wam w pamięci?

AR: Mi na pewno utkwiło w pamięci to, że kiedy kilka lat temu grałyśmy kilka turniejów z rzędu w Azji to grałyśmy trzy razy z rzędu przeciwko sobie. Przez trzy tygodnie.

KW: Ty wygrałaś? (śmiech)

AR: Nie, pierwszy ty wygrałaś, a potem ja wygrałam. Pamiętam na początek było Tokio, potem Wuhan i na koniec Pekin i to było coś, co się nie zdarza codziennie i to pamiętam, że grałyśmy trzy razy w ciągu trzech tygodni. A przecież czasem bywa tak, że nie gra się z kimś przez parę lat.

KW: Prawda.

AR: To było coś co faktycznie było zaskakujące i dosyć dziwne, bo wydawało mi się, że rozgrywałyśmy jeszcze częściej mecze niż treningi. To były trzy dobre mecze.

KW: No tak, bo ja wtedy wygrałam Tokio, a ty wygrałaś Pekin. Pozytywne tygodnie (śmiech).

AR: Wtedy obie byłyśmy w szczytowych formach, więc było co oglądać.

Jak dowiedziałaś się o zakończeniu kariery przez Agnieszkę i jaka była twoja pierwsza reakcja?

KW: Z Agnieszką rozmawiamy prawie codziennie, a na tourze zwłaszcza. Miałyśmy ciągły kontakt, więc wiedziałam, jak Agnieszka już nie wystąpiła w Azji. Miała problemy ze stopą i inne z resztą ciała. Myślała o tym, że może zakończyć karierę, ale jeszcze wtedy nie podjęła decyzji. Zadzwoniła do mnie zanim ogłosiła to przed wszystkimi. Powiedziała, że postanowiła w ten sposób zakończyć karierę. Rozmawiałyśmy wtedy może z dwie godziny. Wtedy byłam w domu, leżałam w łóżku, odpoczywałam. W sumie to nie był dla mnie duży szok, bo wiedziałam, że już wcześniej o tym myślała. Sama wiem po sobie, że czasami bardzo dobrze się czuję i mogę grać na sto procent dziesięć lat, a są niektóre dni, gdzie naprawdę jest ciężko i muszę się starać, żeby wyjść na trening i potrenować. Na razie jeszcze ciągnę to dalej i w tej chwili czuję się dobrze. Niestety miałam kontuzję, ale poza tym ciało się czuje dobrze.

Co byś powiedziała młodym ludziom, którzy dopiero wchodzą do wielkiego tenisa?

AR: Ciężko jest mieć taką receptę na sukces i co zrobić, żeby faktycznie udało się dostać do światowej czołówki. Przede wszystkim cieszę się, że już pojawiają się nowe, polskie nazwiska i to w największych turniejach na największych kortach. Cieszy, że grają na równi z czołówką Mamy Igę, mamy Huberta Hurkacza, jeszcze jest kilka osób, które pną się z tyłu w górę, więc cieszę się z tego, że tenis dalej żyje, że możemy oglądać dalej polskich zawodników na światowych kortach, Do osiągnięcia sukcesu nie wystarczy tylko jeden wypracowany element. Potrzeba wszystkiego po trochu. Wiele rzeczy musi się złożyć na to, żeby faktycznie się udało. Ważną rzeczą jest też to kto jest wokół zawodnika, jak się trenuje, planuje i myślę, że wiele decyzji, tym bardziej na samym początku ma wielki wpływ na przyszłość. Dobry sztab ludzi to jest też klucz do sukcesu.

Oglądasz jeszcze tenis, czy masz już go serdecznie dosyć?

AR: Oglądam cały czas tenis. Przecież na korcie cały czas są moje przyjaciółki. Może faktycznie nie każdej nocy wstaję o piątej, czy o czwartej, ale lubię oglądać tenis, zawsze to lubiłam i tutaj nic się nie zmieniło. Cały czas się tym interesuje, tak tenisem damskim, jak i męskim.

Jak teraz się czujesz? Dolegliwości po ponad pół roku bez tenisa zniknęły czy jeszcze coś ci dolega?

AR: Jeżeli chodzi o samopoczucie to myślę, że niewiele się zmieniło. Myślę, że pół roku to nie jest wystarczająca ilość czasu, aby się poczuć lepiej. Owszem, ze stopą jest troszkę lepiej, ale jednak teraz też wychodzą nowe rzeczy. Więc z jednej strony jest lepiej, bo już nie ma się tej intensywności treningu, ale z drugiej strony jednak 25 lat grania wychodzi. Myślę, że jeszcze rok,dwa i będę mogła, mam nadzieję, na to pytanie odpowiedzieć inaczej.

Tenis to nie tylko ciężka praca. Jest też chwila wytchnienia, players party, parkiet. Czy jesteście szalone na tym parkiecie?

AR: Na turniejach nie było wielu okazji. Jak wchodziłyśmy na bankiet przeważnie kolejny mecz był drugiego dnia i do tego jeszcze rano. Nasz bankiet wyglądał więc tak, że wchodziłyśmy, robiłyśmy sobie zdjęcie i wychodziłyśmy. Na tym się to kończyło. Myślę, że jesteśmy bardziej szalone na prywatnych imprezach, gdzie nie ma kamer i aparatów i wszystko jest w naszych telefonach (śmiech). Nie do pokazania na zewnątrz (śmiech). Wtedy jak najbardziej, ale na turniejach nie.

Notował i rozmawiał: Piotr Dąbrowski