#1 Filip Kańczuła: Mam za sobą długą drogę

Z trenerem tenisa Filipem Kańczułą rozmawiamy o tym, jak trudno odnaleźć się w świecie zawodowego tenisa.

 

Na początek całkowita sztampa – jak to wszystko się w twoim przypadku rozpoczęło?

Swoją przygodę z tenisem zacząłem jak miałem około ośmiu lat. Przyszedłem do Krzyckiego Klubu Tenisowego, którego jestem wychowankiem. Moim pierwszym trenerem był Wojciech Mułczke, ale niewiele później trafiłem pod skrzydła trenera Piotra Jamroza. I to pewnie głównie dlatego, że mój dwa lata starszy brat cioteczny Janek Ślusarczyk też grał. On skończył swoją przygodę z tenisem w liceum, a ja ją praktycznie dopiero rozpoczynałem. Jako jedynak z kuzynostwem dogadywałem się najlepiej. Mieliśmy wspólną babcię, która najpierw zapisała na treningi Janka, a później mnie.

Od razu “wsiąkłeś” w tenis, czy potrzebowałeś czasu, by się do niego przekonać?

Od razu mi się spodobało. Nawet niektórzy mówili, że mam predyspozycje i talent, by coś w tym sporcie osiągnąć (śmiech). Pamiętam, jak trener Piotr Jamroz pytał moją mamę, czy nie ma więcej takich sprawnych synów, jak ja (śmiech). Ja byłem takim dzieckiem i jestem takim człowiekiem, które uwielbiało sport. Dużo grałem w piłkę, a sport zawsze wydawał mi się integralną częścią życia. Rywalizacja, mierzenie się z innymi, to coś, co od zawsze kochałem. Dla mnie było naturalne, że zajmuje się sportem, żeby być jednym z najlepszych. Nikt nigdy nie musiał mnie namawiać, żebym chodził na treningi. Po szkole zasuwałem na trening z uśmiechem na ustach i nie mogłem się doczekać każdej kolejnej przebitej piłki.

Nie przerażał cię brak życia towarzyskiego? Zero imprez?

Z perspektywy czasu niczego nie żałuję. Droga do sportu wyczynowego musi składać się z wyrzeczeń. Inaczej nic nie osiągniemy. Akurat ja wiedziałem, że jestem tak związany ze sportem, że nigdy się z nim nie rozstanę. Póki mogłem trenować i rywalizować, szedłem do przodu i wszystko starałem się robić na sto procent. Los potoczył się tak, że nie zostałem sportowcem zawodowym, ale grałem na tyle dobrze, że trafiłem potem do Stanów, grałem w college’u. Dzięki temu przeżyłem niesamowite chwile i mam tyle wspomnień, że chyba wystarczy mi do końca życia (śmiech).

A to życie poza tenisowe?

Nie no, wiadomo, że było. Ja cały czas mam kontakt z wieloma znajomymi z tamtych lat. Niedawno koleżanka z podstawówki przypomniała mi, że już wtedy miałem mówić o tym, że trafię na AWF i będę trenerem. Szczerze to w wieku 12-13 lat to chyba jest już jakiś wyczyn, prawda? Szczerze to wtedy jeszcze chciałem być oczywiście zawodnikiem. Później trafiłem na wrocławski AWF. Tam rozczarowało mnie to, że trudno było jednak godzić wyczynowe trenowanie z nauką. Ja wtedy poświęcałem kilka godzin dziennie na trening, a później jeszcze brałem się za naukę. Wydawało się, że uczelnia powinna to umożliwiać, ale nie miałem poczucia, że tenisistom dziekanat szedł specjalnie na rękę. Inna sprawa była z lekkoatletami, ale my nie mieliśmy łatwiej. Ani nie mogliśmy przełożyć terminów egzaminów, ani nie mogliśmy zapisać się na zajęcia z inną grupą. Choć byłem rozczarowany, to stwierdziłem, że chcę dalej grać. Tutaj jednak dochodzi kolejna sprawa.

Warunki do treningów nie rozpieszczały?

Prawda. Jeśli nie miałeś zasobnego portfela, a ja nie pochodzę z takiej rodziny i sam po prostu nie miałem takiej możliwości, bardzo trudno było trenować taką ilość godzin, jaką należy, żeby dalej się rozwijać już w takim dorosłym wieku. Już wtedy kilku moich kolegów ? Krzysztof Kwinta i Marcin Domański – było wcześniej w Stanach i roztaczali niesamowite perspektywy, opowiadając, jakie tam mają warunki. Wtedy razem z będącym w podobnej sytuacji, moim przyjacielem Maciejem Boguszem, z którym razem dorastaliśmy, trenując, pomyśleliśmy, że spróbujemy sił w Stanach.

Warunki do treningu w Stanach to był już zupełnie inny świat?

Całkowicie. Trzeba zacząć od poziomu gry. Tenis uniwersytecki to jest zupełnie inna liga. Szczególnie patrząc, w jakich czasach i jakich warunkach przyszło mi i moim kolegom dorastać. Przecież pamiętam stary, zamarznięty balon na KKT, który połowę swojej powierzchni miał zajętą przez lód, albo wodę. A na treningi przychodziliśmy z samego rana, właśnie po to, żeby nie płacić za kort. Na całe szczęście o 6:30 nikt tam jeszcze nie grał. Inną sprawą było to, że również ogrzewanie wtedy jeszcze nie działało, więc było trochę chłodno. W zimie była ostra partyzantka. Z perspektywy czasu wspominam to z rozrzewnieniem. Choć były to nieco ekstremalne przeżycia, to zahartowało mnie to i dzięki temu jest mi nieco łatwiej docenić obecne, wspaniałe dla wszystkich tenisistów warunki. Z drugiej trony warunki, które my mieliśmy w Polsce, w pewien sposób nas ograniczały, przez co nasz rozwój nie był tak równomierny i idealny, jak może to być dziś. Jeśli spojrzeć na to, jacy zawodnicy osiągają sukces zawodowy obecnie, to niemal pewnikiem jest to, że przyszli do tenisa właśnie z takich ciężkich warunków, które hartują ducha i poświęcili całych siebie, by osiągnąć sukces. To nie jest przypadek, że ci, którzy są w czubie – są w czubie.

Dlaczego później udałeś się do Teksasu?

Kilka czynników zadecydowało o tym, że po pierwszym semestrze na uniwersytecie w Alabamie zdecydowałem się przenieść do Teksasu. Sport indywidualny, którym jest tenis, nagle w lidze staje się sportem drużynowym. To są realia, w które bardzo trudno jest wskoczyć. Nagle rozgrzewka nie jest tylko moja, ale mamy ją w sześciu lub ośmiu. Na początku to jest mega trudne, bo robi się z tego trochę taka drużyna piłkarska. I tak szczerze, to na początku nie potrafiłem sobie z tym poradzić. Małym minusem w Alabamie było to, że trafiłem już do drużyny nieco starszych zawodników. Ja chciałem dużo trenować, grać, a moi koledzy z zespołu mieli nieco mniejsze ambicje. Oni ograniczali się tylko do tego, czego oczekiwał od nich trener. I nic więcej ich nie obchodziło. Nie czułem się tam za dobrze, więc z jednej strony zobaczyłem, jakie są warunki, a z drugiej: Kurcze, nie mam takiej bratniej duszy, która chciałaby odnieść sukces na zawodowych kortach?. Z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że nie zachłysnąłem się Stanami i nie miałem przeświadczenia, że wszystko jest idealne i takie super pozytywne. Były różne odczucia. Zostałem w Teksasie już do końca swojej uczelnianej kariery. Przepisy ligi uczelnianej NCAA, że można grać maksymalnie cztery lata i ja w całości tę szansę wykorzystałem i zrobiłem dyplom. Następnie przeniosłem się do Austin w Teksasie do moich krewnych. Tam zacząłem pracować w klubie, jako trener. Na południu Austin udzielałem prywatnych lekcji, tyle że nie na cały etat. Poświęcałem się jednak wciąż własnemu treningowi. Poznałem tam Brytyjczyka, który chodził na lokalny uniwersytet – Neda Boone’a. On również nadal chciał coś osiągnąć zawodniczo. Lubił długie treningi, więc szybko znaleźliśmy wspólny język. Graliśmy w turniejach ogólnostanowych pod egidą USTA, parę futuresów. To były też takie czasy, gdy skończyłem szkołę, starałem się rozwijać jako trener, a co za tym idzie kariera zawodnicza nieco przygasała. Wiedziałem już ile mam lat i że muszę więcej pracować. Przestałem liczyć, że nagle wskoczę do pierwszej setki ATP. Po roku w Teksasie stwierdziłem, że jednak chcę wrócić do Polski. Nabrałem poczucia, że świetnie sobie poradzę w kraju i naprawdę krótko walczyłem z myślami o powrocie. Nabrałem dystansu i ostatecznie wróciłem do Polski. Nie miałem żadnego konkretnego powodu, by wracać, ale coraz mocniej tęskniłem za bliskimi. Przestałem myśleć powoli o karierze zawodniczej. Wróciłem więc z powodów czysto rodzinnych, a nie dlatego, że było słabo w Stanach bądź tak dobrze w Polsce.

Wspomnijmy także o twoich talentach językowych, ale i trudnościach z podjęciem decyzji co do dalszej edukacji.

To na pewno. Języki od zawsze mnie fascynowały. Lubię hiszpański czy angielski. Cały czas staram się też wyłapywać nowości, których wcześniej nie znałem, czy sposób, w jaki ktoś wymawia poszczególne słowa. Nie miałem takiego poczucia, że chcę silnie postawić tylko na tenis i nie potrzebuję studiów. Jednak we mnie pokutowało jeszcze takie myślenie, że studia dają lepszą przyszłość, niż ich brak. Dla mnie więc droga na AWF była naturalna i niemal oczywista. Mimo wszystko AWF mnie do siebie zraził i zraziłem się w ogóle do tego typu studiów, tj. do tego kierunku. W Stanach nie chciałem już kontynuować tego czego uczyłem się na Wydziale Nauk o Sporcie. Niepotrzebnie chyba postawiłem znak równości ze ?Sport Science?, bo dziś wiem, że potoczyłoby się to zupełnie inaczej. Jeszcze wtedy, a były to początki pierwszej dekady XXI wieku, stwierdziłem, że jeśli z tenisem zawodniczym mi nie wyjdzie, to lepiej będzie coś zmienić i zrobiłem licencjat z ?Business Administration? i na tym zakończyła się moja oficjalna edukacja do czasu powrotu do Arizony znacznie później. Był grudzień 2008 roku, przez cały 2009 rok byłem w Austin w Teksasie i trenowałem. Wciąż próbowałem znaleźć sponsora, próbowałem jeszcze grać zawodowo, ale nie szło to tak dynamicznie do przodu, jak chciałem. W pewnym momencie, pod koniec 2009 roku akurat kończyła mi się wiza, domknąłem pewne rzeczy. Sam klub, w którym przebywałem, chciał mnie sponsorować i zatrzymać, natomiast ja stwierdziłem: ?OK, ja wracam do Polski?. I pod sam koniec 2009 roku wróciłem.

 

Rozmawiał: Piotr Dąbrowski