Z wyluzowanego tenisisty zmieniłem się w kujona – wywiad z Robertem Wrzesińskim

Robert Wrzesiński reprezentował Polskę do piętnastego roku życia. Dziś mówi, że gdyby nie zmiana barw na litewskie, mógłby już nie grać w tenisa. Dlaczego podjął taką decyzję i jaka była reakcja ze strony Polskiego Związku Tenisowego? Co łączy go z Jamesem Blake’em i… Barackiem Obamą? W jakich okolicznościach spotyka się z Ricardasem Berankisem? Dlaczego stał się kujonem? Zachęcamy do przeczytania obszernego wywiadu.

Szymon Adamski: Minął rok od twoich ostatnich występów w turniejach dla juniorów. To chyba wystarczająco długi okres, by móc pokusić się o pierwsze podsumowania.

Robert Wrzesiński: Wśród seniorów jest o wiele trudniej. Jako przykład może służyć nawet wczorajsze spotkanie. W turniejach dla juniorów nie przegrałem ani jednego meczu, w którym miałem cztery piłki meczowe. Na wierzch wychodzi doświadczenie starszych zawodników. Młodsi muszą przeczekać ten moment, kiedy to oni są mniej doświadczeni. W końcu przyjdzie taki moment, że będę wygrywać takie mecze.

– Twój trener Marcin Maszczyk kilka lat temu mówił, że inteligencja, o której zaraz szerzej porozmawiamy, daje ci przewagę nad rówieśnikami. Teraz musisz mierzyć się ze starszymi zawodnikami, a nad nimi takiej przewagi już chyba nie masz.

– Tego nie da się ukryć. Tak to już jest, że im człowiek starszy, tym mądrzejszy. Starsi zawodnicy więcej przeżyli na korcie, więc w decydujących momentach to oni zazwyczaj są górą. Dużą rolę odgrywa też szczęście. Wracając do mojego wczorajszego meczu (z Robertem rozmawiamy dzień po jego porażce w 1/8 finału turnieju ITF w Wilnie przyp. red.), przecież wystarczyło, że raz piłka by się krzywo odbiła lub przeszła po taśmie i to ja bym wygrał. A to mój rywal był tenisistą bardziej doświadczonym.

 – O tym, że jesteś niezwykle mądrą osobą świadczy fakt, że naukę będziesz kontynuować na Harvardzie, jednej z najbardziej prestiżowych uczelni na świecie. Jak ta szkoła wygląda z perspektywy przyszłego studenta?

– Dobrze wygląda (śmiech). A tak na poważnie to wiele uczelni nawiązało ze mną kontakt. W Stanach Zjednoczonych szukają tenisistów, ponieważ mają swoje rozgrywki uniwersyteckie i potrzebują reprezentantów. Wybór miałem naprawdę duży. Rozmawiałem z przedstawicielami uczelni, trenerami i Harvard uznałem za najlepsze rozwiązanie dla siebie. Zaczęło mi zależeć mocno na tej uczelni, dlatego przez ostatnie pół roku robiłem wszystko, żeby tam się dostać. Egzaminy, prace pisemne, rozmowy kwalifikacyjne – sporo ciężkiej roboty i wyrzeczeń, ale myślę, że było warto.

– Styczeń, luty, kwiecień, maj – w tych miesiącach nie rozegrałeś ani jednego spotkania. To wynikało właśnie z tych przygotowań do rozpoczęcia nauki na Harvardzie?

– Tak, dokładnie. Jeżeli nie mam nauki, to oczywiście jeżdżę po turniejach i się nie oszczędzam. W ostatnich latach 25 tygodni spędzałem za granicą. W tym roku większą wagę musiałem przyłożyć do nauki, więc od rana do wieczora siedziałem nad książkami. Można powiedzieć, ze z wyluzowanego tenisisty zmieniłem się w kujona. Zupełnie inne życie.

 – Kiedy wyjeżdżasz do obcego kraju, ponoć starasz się o nim jak najwięcej dowiedzieć. Postanowiłem cię sprawdzić. Potrafisz wymienić najbardziej znanych absolwentów Harvardu?

 – Znam oczywiście kilku, choć trzeba pamiętać, że Harvard kończyło naprawdę bardzo wiele wybitnych osób. Wśród nich Mark Zuckerberg, Bill Gates, Barack Obama, a z tenisistów na przykład James Blake, choć on akurat chyba nie skończył studiów. W swoim czasie był jednym z najlepszych tenisistów na świecie.

– Faktycznie, research na najwyższym poziomie. Po zakończeniu szkoły średniej masz mniej rzeczy na głowie, czy nie ma chwili wytchnienia, bo już się skupiasz na  studiach?

– Oj… trochę musiałem dać z siebie przed maturą. Jakoś przecież trzeba ją zdać. Musiałem się sporo uczyć, ale teraz jest wielka ulga. To od razu przekłada się też na zaangażowanie w treningi, a w rezultacie wyniki. Jest mi o wiele łatwiej, kiedy nie ma żadnej nauki i nic mnie rozprasza. Mogę się po prostu skupić na graniu.

– Ostatnie dwa tygodnie spędziłeś w Mrągowie. Grałeś w turniejach z cyklu Mazury i Warmia Open. Jak oceniasz ten turniej, bo w Polsce jest to rzecz bez precedensu. Kilka turniejów z rzędu odbywających się w jednym miejscu.

 Jest naprawdę super. Cały PZT powinien dziękować dyrektorowi turnieju (Bogdanowi Kulikowi przyp. red.), że tworzy taki turniej. Do tej pory zagrałem dwa turnieje, ale jutro wyjeżdżam na kolejne dwa. Tenisiści mają wszystko zapewnione, hotel znajduje się tuż przy kortach. Wydaje mi się, że nie tylko turnieje ITF mogłyby tam być rozgrywane, ale można z tego zrobić nawet challengera.

W drugim turnieju przegrałeś z Dariuszem Lipka. Ostatni coraz więcej mówi się o tym, że polscy tenisiści, którzy najlepsze lata mają za sobą, a w turniejach grają okazjonalnie, pokonują młodych, zdolnych Polaków. Jak ty do tego podchodzisz?

  – Do Mrągowa nie pojechałem najlepiej przygotowany. Nie mogło być inaczej, biorąc pod uwagę moje przygotowania do matury. Pojechałem tam z myślą, że co będzie, to będzie. Pierwszy mecz wygrałem, a drugi miałem grać z Dariuszem Lipka. Zaczął padać deszcz i przenieśli nas na halę, gdzie jest nawierzchnia trawiasta. Zupełnie nie potrafiłem się odnaleźć na tej nawierzchni i zagrałem słaby mecz. Trzeba jednak oddać Dariuszowi, że od wielu lat gra w tenisa, więc coś tam umie. Starsi zawodnicy nie mają może fizycznej przewagi nad młodymi, ale są lepsi na płaszczyźnie psychologicznej.

Wyjazd do Mrągowa był okazją do odwiedzenia Polski. Jak często do nas przyjeżdżasz?

– W moim życiu było tak, że przez długi czas trenowałem w Warszawie z Marcinem Maszczykiem. Cały czas mieszkałem co prawda w Wilnie, ale raz czy dwa razy w miesiącu wyjeżdżałem na kilka dni na treningi w Warszawie. Oprócz tego bywam w Polsce przy okazji turniejów. Jest ich o wiele więcej niż na Litwie, więc staram się z tego korzystać.

– Turniej w Wilnie, przy okazji którego się spotykamy, nosi nazwę President Cup. Faktycznie to Prezydent Litwy będzie wręczać nagrody?

– Od kilku lat uczestniczę w tym turnieju, ale prezydenta jeszcze nie widziałem (śmiech). Kiedyś grałem właśnie na tych kortach w turnieju juniorskim. Nazywał się Turniej Mera i wtedy nagrody rzeczywiście wręczał mer Wilna. Natomiast prezydenta nie widziałem, więc trudno mi powiedzieć o co chodzi.

Jak wygląda Twoja pozycja w reprezentacji Litwy w Davis Cupie? Masz kontakt z kapitanem Rimvydasem Mugeviciusem?

  Jest trenerem naszej reprezentacji, ale mnie osobiście nigdy nie trenował. Żadne więzi mnie z nim nie łączą.

To jak wygląda życie młodego tenisisty na Litwie? W Polsce mieliśmy program Davis Cup Futures, który pozwalał grupie młodych zawodników na wyjazdy na koszt związku np. do Egiptu, gdzie rozgrywali kilka turniejów pod rząd.

 Na Litwie nie ma czegoś podobnego. Taki program zapewne mógłby powstać, ale najzwyczajniej w świecie mamy zbyt mało tenisistów. W Polsce jest 10-15 młodych tenisistów, którzy próbują swoich sił w zawodach ITF. W przypadku Litwy mówimy o dwóch czy trzech zawodnikach, więc różnica jest widoczna gołym okiem. Związkowi średnio się opłaca organizowanie wyjazdów czy obozów.  Ta wąska grupa zawodników jeździ razem z czołowymi zawodnikami na mecze Davis Cupa, gdzie nie grają co prawda w meczach, ale poprzez treningi też łapią doświadczenie.

Ty się kiedyś załapałeś?

 Byłem w tym roku. Kiedy się pojawiłem na miejscu, dopadła mnie jednak choroba i musiałem wracać do domu.

W najlepszej czwórce kapitan regularnie znajduje miejsce dla Tadasa Babelisa i Tomasa Vaise. Obaj są sklasyfikowani poza pierwszym tysiącem rankingu ATP. Jakbyś się ocenił na tle tych zawodników?

 Vaise jest w moim wieku (rocznik 1998 przyp. red.). A muszę powiedzieć, że na Litwie nigdy nie zdarzyło mi się przegrać z rówieśnikiem. Raz była taka sytuacja, ale miałem wtedy kontuzję i złapały mnie skurcze.

 Wczoraj?

– Nie, Tverijonas jest akurat starszy. 23 lata chyba ma. Wracając do poprzedniego pytania, z Vaise i Babelisem znajdujemy się na podobnym poziomie. Jeśli gram z Babelisem sparing, to wszystko zależy od dyspozycji dnia, więc naprawdę trudno mi przewidzieć, jakim wynikiem zakończyłby się nasz mecz. Tym bardziej, że zdarza nam się grać sparingi, ale w turnieju nie trafiliśmy na siebie od kilku lat. A taki mecz pokazałby kto jest lepszy. Skoro się nie spotkaliśmy, to nie będę oceniał.

– A jak wyglądają twoje kontakty z Ricardasem Berankisem i Laurynasem Grigelisem, największymi gwiazdami litewskiego tenisa?

Z Berankisem mamy tego samego fizjoterapeutę, masażystę i trenera od przygotowania fizycznego. Dość często się z nim spotykam, ale w tenisa jeszcze nie graliśmy. Co do Grigelisa, to przez ostatnie trzy tygodnie cały czas jesteśmy razem, bo on też był w Mrągowie. Mamy więc ze sobą kontakt na co dzień, jesteśmy znajomymi.

A z polskimi tenisistami utrzymujesz jeszcze kontakt? 

– Tak, przez wiele lat jeździłem przecież na turnieje z Kacprem Żukiem czy Piotrem Matuszewskim. Znamy się jak bracia. Zresztą często się zdarza, że kiedy jadę na jakiś turniej, to oni też tam są. Trzymamy się razem, kibicujemy sobie wzajemnie – mamy bardzo dobre relacje.

– Do 15 roku życia grałeś w biało-czerwonych barwach. Była jakaś próba ze strony PZT, abyś na nowo reprezentował Polskę?

– Prowadziłem rozmowy z PZT, ale cała sytuacja jest dość skomplikowana. Cały czas mieszkam przecież na Litwie, tutaj też trenuję.

– Co cię w takim razie nakłoniło do zmiany przed kilkoma laty?

– Nigdy nie mieszkałem w Polsce na stałe. Urodziłem się na Litwie i z tym krajem byłem związany przez całe życie. To powodowało, że PZT nie miał możliwości pomóc mi finansowo. Nikt nie mógł zagwarantować mi pokrycia takich wydatków, jak wynajęcie kortu do treningów, co jest przecież kluczową kwestią. Zmieniając barwy na litewskie było mi o wiele łatwiej właśnie pod względem finansowym. Myślę, że gdybym nie zmienił, to mógłbym już nawet nie grać w tenisa.

To na koniec zapytam o tenis litewski w wydaniu kobiecym. Może źle załadowała mi się strona WTA, bo trudno mi było uwierzyć, że w całym rankingu nie macie ani jednej reprezentantki.

Nie mam pojęcia co powiedzieć. Wydawało mi się, że jedną tenisistkę mamy w rankingu.

– Jest na Litwie jakieś przeświadczenie, że tenis to męski sport?

Nie, nikt tutaj tak nie myśli. Kilka lat temu mieliśmy Linę Stanciute, która była notowana w drugiej setce na świecie. Ona skończyła jednak karierę, a jej następczyń nie widać. Obecnie jest cicho i głucho, ale w turniejach juniorskich mamy kilka reprezentantek, więc może trzeba poczekać aż one dorosną. Na pewno nie jest jednak tak, że tenis na Litwie to męski sport.