Wolej krok po kroku. Część pierwsza, czyli: cel ataku.

Nie wiem, jak to się ma do Twoich doświadczeń, ale z moich wynika, że największym problemem przy nauce poszczególnych uderzeń jest spora ilość detali, o których jednocześnie należy pamiętać. Wystarczy, że człowiek – przykładowo – skupi się na prawidłowym zamachu, a już szwankuje praca nóg czy inny niuans. Ciekawy sposób na poradzenie sobie z tym problemem znaleźli autorzy książki, którą niebawem prezentować będę na blogu. Starają się maksymalnie upraszczać uderzenia, wydobywać niezbędne minimum techniczne i wpajać uczniom na początek jako dobrą podstawę do dalszego doskonalenia.

Ja w niniejszym cyklu pójdę nieco inną drogą. Drogą, z której skorzystać mogą nie tylko początkujący.

Bo nigdy nie jest tak, że można sobie odpuścić szczegółową analizę własnych uderzeń. Nigdy też nie zaszkodzi podjąć dyskusję na temat najdrobniejszych choćby elementów. Dlatego od dziś rozbijać będę wszystkie forhendy, bekhendy, woleje i inne takie na czynniki pierwsze. Kroki, nad którymi będę się pastwił osobno.

Dlaczego najpierw wolej? A tak mnie naszło, po niedawnym delektowaniu się finałem z udziałem Karolinki Woźniackiej, że braki w woleju ma wielu z nas. Zgoda, częściowo dlatego, że postęp w technologii i wyszkoleniu ułatwia obronę przeciwko atakom wolejowym i szkolenie gry przy siatce w nowoczesnym tenisie traci nieco na znaczeniu w porównaniu z regularnym bombardowaniem z głębi kortu. Nadal jednak uważam, że tenis pozbawiony woleja nosi znamiona pewnego kalectwa, a i taktycznie wymusza spore ograniczenia. Więc gdy Ania, moja podopieczna, kolejny raz buntuje się, że wałkujemy wolej do znudzenia, podczas gdy trening krótki i niezbyt częsty, a i taki dla przykładu bekhend domaga się szczególnej uwagi – staram się być uparty. I z przyjemnością obserwuję efekty, szczególnie na okoliczność wspólnych pojedynków mikstowych.

Zanim jednak zaczniesz zbierać plony nauki woleja, trzeba poświęcić temu uderzeniu nieco czasu i planu treningowego. Bo wolej jest o tyle szczególny, że nie bardzo da się go ograć ot tak sobie. Forhend czy bekhend z głębi korty gra się zawsze i przy okazji każdego pobytu na korcie, więc siłą rzeczy albo „same z siebie” zyskają pewien poziom ogrania i komfortu, albo postara się o to Twój sprytny przeciwnik, jak to ma często miejsce zwłaszcza w przypadku bekhendu. Serwisu też nie da się uniknąć ilekroć grasz na punkty. Że taki trening to za mało? Pewnie, dlatego tak często obserwować można u grających problemy z podaniem.

Problemów z wolejem teoretycznie można uniknąć w sensie dosłownym, planując swój tenis taktycznie z dala od siatki. Czasem jednak zagrania z powietrza zwyczajnie uniknąć się nie da, znaczenie częściej – zwyczajnie unikać nie warto. Wiem, że jesteśmy nieco spóźnieni, wszak na takie postanowienia najlepszy jest koniec sezonu letniego. Nigdy jednak nie jest zły moment, by rozwijać się tenisowo. Zatroszcz się zatem o swój wolej, krok po kroku, zwłaszcza jeżeli do tej pory nie było to Twoim zwyczajem.

Krok 1. Po co to?

No niby wiadomo: po co. Idę do siatki, by następną piłkę uderzyć wcześniej, dać rywalowi mniej czasu na reakcję, a i najchętniej zyskać komfort dla uderzenia kończącego wymianę. Otóż w praktyce, jak widzę, różnie bywa z tą motywacją ataku do siatki. Niektórzy idą, bo zostają o to „poproszeni” dropszotem, inni korzystają z okazji, czyli krótkiej piłki, o ile okazja to czytelna i zwyczajnie grzech nie skorzystać. Jeszcze inni szukają okazji bardzo intensywnie i pretekst może być dowolny, choćby własny skuteczny serwis. Oczywiście, często taka a nie inna taktyka wynika bezpośrednio z wolejowych umiejętności i ogrania, ale aspektem często tu pomijanym jest prawdziwa, podświadoma intencja zawodnika atakującego. Często różna w opisanych powyżej przeze mnie przypadkach.

Gracze „nieśmiali” w ataku często liczą na to, że po prostu wystraszą przeciwnika samą obecnością przy siatce, że zmuszą w ten sposób do popełnienia błędu przy granym pod presją minięciu. Że sami nie zostaną zmuszeni do grania woleja. Na dłuższą metę takie podejście owocuje pasywną postawą w ataku. I – siłą rzeczy – skuteczność samego ataku drastycznie obniża.

Charakterystyczną cechą dla wolejowych wyjadaczy jest polowanie na piłkę. Pewnie, nie obrażą się, jeżeli piłka w ogóle do nich nie wróci, ale cel ataku jest jasny: „Daj mi tę (tu wstaw preferowany przymiotnik) piłkę! Jak najszybciej!!”. Taki gracz nie czeka z uderzeniem, gdy wystarczy wykonać kolejny krok w przód, by dopaść piłkę wyżej, szybciej, w bardziej komfortowym miejscu. By zakończyć wymianę tu i teraz.

Nie znaczy to bynajmniej, że już pierwszy wolej musi być koniecznie tym dobijającym. Wytrawny gracz wolejowy zadowala się, gdy pierwsze uderzenie, często grane w mało komfortowej pozycji, zmusi rywala do odegrania tzw. „wystawki” i pozwoli na zabicie wymiany już przy najbliższej okazji. Dysponuje w tym celu szerokim wachlarzem narzędzi, poczynając od wolejów głębokich, granych pod samą końcową linię, poprzez kąśliwe crossy aż po subtelne stop-woleje. Umiejętnie stosowane, sprawią broniącemu sporo problemów, odsłonią kort i powiększą przewagę w wymianie. A wszystko to najczęściej przy nie większym ryzyku popełnienia błędu, o ile prawidłowo egzekwowane.

W grach podwójnych zazwyczaj nawet nie trzeba silić się na kąśliwe woleje. Wystarczy przebić piłkę na drugą stronę i wspólnie wygodnie usadowić się przy siatce, czekając na okazję do wysokiego, kończącego uderzenia. Tu nie trzeba też szukać okazji do ataku – zwyczajnie należy szturm przypuścić jak najszybciej, bo kto pierwszy, ten zazwyczaj lepszy.

W singlu okazję warto sobie wypracować, dostrzec i zdecydowanie wykorzystać. Poruszałem już swego czasu ten temat na blogu – nie zawsze okazja ogranicza się do wyrzucającego strzału w okolice linii bocznej kortu. Czasem wystarczy dowolny dyskomfort uderzenia u przeciwnika. Konieczność zdejmowania piłki z klatki piersiowej, względnie sięganie po głębokiego, wysokiego topspina. A może niespodziewany dropszot? Dowolny moment, w którym według Twojej oceny zdolność rywala do precyzyjnego minięcia jest ograniczona. Zaskakuj i zbieraj plon.

Zadanie domowo/kortowe: przypomnij sobie, co czujesz, z jakim nastawieniem atakujesz siatkę. Spróbuj wizualizować siebie w ataku dynamicznym, agresywnym z parciem na piłkę godnym polowania najgroźniejszych drapieżników. A jednocześnie ataku przemyślanym, konsekwentnym, godnym rasowego szachisty. Czy da się dwie pozorne skrajności pogodzić? Pewnie! Pod warunkiem rzecz jasna nabycia odpowiedniej techniki i ogrania. A o tym już niebawem?


zapraszam na http://tenisowy.bloog.pl