Udział w kwalifikacjach Australian Open to nie marzenie, tylko zrealizowanie celu – wywiad z Kamilem Majchrzakiem

Kamil Majchrzak szykuje się do pierwszego wyjazdu na turniej wielkoszlemowy. Jakie są plany startowe naszego reprezentanta na sam początek 2018 roku? Jak wyglądają kulisy współpracy z Tomaszem Iwańskim? Dlaczego coraz częściej można spotkać Majchrzaka na turniejach rozgrywanych na kortach twardych? Wszystkiego się dowiecie z poniższego wywiadu, którego zawodnik udzielił nam w trakcie challengera w Bratysławie.

– Jak określisz rodzaj zmiany, jaką było nawiązanie współpracy z Tomaszem Iwańskim? Powolna ewolucja czy może wręcz rewolucja?

– To zależy w jakim aspekcie. Świeże spojrzenie jest zawsze cenne. Zwłaszcza wtedy, gdy
mówimy o tak doświadczonym trenerze jak Tomasz Iwański. Przekazał mi już multum
wiedzy dotyczącej tenisa. Ja staram się wszystkie założenia realizować i powoli zaczyna to
przynosić efekty. Już w lato czułem, że gram lepiej, ale na zwycięstwa zaczęło się to
przekładać dopiero w ostatnim czasie. Mam nadzieję, że te dobre wyniki przerodzą się w
swego rodzaju normę. Duży wpływ na moją dobrą dyspozycję ma też Mieczysław Bogułsawski, który zajmuje się przygotowaniem fizycznym.

– Akurat Mieczysław Bogusławski był już wcześniej w twoim sztabie. – 

– Tak, ale trener Tomek z trenerem Mietkiem też się już długo znają. Razem pracowali i w
Polsce, i w Kazachstanie. Doskonale się znają i potrafią ,,zbudować” kompletnego
zawodnika. Wierzę, że ja też takim się stanę.

– Opisując Tomasza Iwańskiego użyłeś sformułowania ,,świeże spojrzenie”, ale jest to też chyba spojrzenie wyjątkowo ostre. Trener sprawia wrażenie osoby bezkompromisowej. 

– Ja na tym mogę tylko skorzystać. Jest osobą z charakterem, budzi szacunek – to jest
najważniejsze.

– W jednym z wywiadów wbił ci przysłowiową szpilkę, zaznaczając, że twój serwis nie wygląda najlepiej. Od początku współpracy to właśnie nad tym elementem pracujcie najciężej? 

– Myślę, że to nie tak, że trener wbił mi szpilkę. Po prostu wskazał miejsce na postęp. A to
chyba dobrze. Znacznie gorzej by to wyglądało, gdybym zajmował 200. miejsce na świecie, a nie byłoby już co poprawiać… W moim przypadku wyglądało to tak, że zajmowałem 250.
miejsce z zaniedbanym serwisem, ze słabą grą w ataku, z brakiem wykorzystywania woleja. Tym lepiej dla mnie, bo jest co poprawiać.

– Plan jest taki, żeby trener Iwański zrobił z ciebie zawodnika bardziej ofensywnego?  

– Mam być przede wszystkim zawodnikiem skutecznym. Wiadomo, że nie będę serwował jak John Isner czy Ivo Karlovic. Nie mam takich warunków, żeby posyłać 40 asów na mecz.
Muszę dysponować dobrym serwisem, ale przede wszystkim rozgrywać perfekcyjnie
wszystko po serwisie. Mam nadzieję, że stworzymy ze mnie zawodnika, który będzie potrafił zrobić na korcie wszystko.

– Śledzisz profil swojego trenera na Facebooku? 

– Śledzę.

– Odniesiesz się jakoś do tych postów, które uderzają w Polski Związek Tenisowy?  

– Nie chcę zabierać głosu w tej sprawie. Ja w tym konflikcie nie uczestniczę.

– Nie boisz się, że oberwiesz rykoszetem przez ten spór?

– Na razie nikt nie ucierpiał i myślę, że nikt nie ucierpi. W PZT są rozsądni ludzie, którzy rozumieją, że konflikt z trenerem nie powinien przekładać się na konflikt z jego
zawodnikiem. To byłoby nieprofesjonalne.

– Czyli rozumiem, że wciąż będzie cię można zobaczyć w naszej reprezentacji w Pucharze Davisa. Jak oceniasz ostatnie losowanie? 

– Zawsze będę chętnie reprezentował Polskę w Pucharze Davisa. Jeśli kapitan będzie rozważał w kwestii powołań moją osobę, to wyrażę gotowość do rywalizacji. Natomiast Słowenia na pewno nie jest najłatwiejszym rywalem, biorąc pod uwagę, że znajdujemy się już w Grupie II Euro-Afrykańskiej. To jest jednak ten szczebel rozgrywek, na którym nie ma już żadnej drużyny, przy której bylibyśmy skazywani na pożarcie. Zwłaszcza, że poszliśmy ostatnio do góry z Hubertem Hurkaczem. Wierzę, że w lutym będziemy znajdować się na jeszcze większej fali. Wtedy to Słoweńcy będą nas się obawiać.

– Gdzie widzisz naszą reprezentację za 2-3 lata?

– Już za rok widzę naszą reprezentację o jeden szczebel wyżej, czyli w I Grupie. Celem jest
jednak Grupa Światowa. Jeśli z Hubertem będziemy czynić stałe postępy, to stać nas na coś
zdecydowanie większego niż II Grupa. Może kiedyś wróci Jerzy Janowicz…. To też byłoby
dla nas duże wsparcie.

– Nie można też zapominać o Łukaszu Kubocie. 

– Tak, oczywiście. Nie wierzę, że Polska na długo zagości w II Grupie. Jeśli nawet nie w
przyszłym roku, to naprawdę w niedalekiej przyszłości wrócimy do I Grupy, żeby móc
zaatakować elitę. Nie można też zapominać, że wciąż odczuwamy skutki utraty punktów w
rankingu ITF. Nie byliśmy rozstawieni i stąd takie losowanie. Cóż, trzeba to wziąć na klatę.
Polska się odrodzi.

– Dostrzegasz u nas młodych zawodników, którzy w najbliższym czasie mogą dostać swoją szansę w Pucharze Davisa? 

– W każdym roczniku znajdzie się kilka osób, które dobrze grają. Z tego co się orientuję, wśród młodzieży wyróżnia się Wojciech Marek, który zapewnił sobie udział w juniorskim
Australian Open. Trudno mi się jednak pokusić o dokładniejszą ocenę, bo zanim ci młodzi
zawodnicy dojdą do tego poziomu, na którym jestem ja czy Hubert, wiele się może wydarzyć w ich życiu. Nie zmienia to faktu, że w nich wierzę. Niech spokojnie do wszystkiego podchodzą i wykorzystują swoje okazje.

– Wspomniałeś o Australian Open. Ostatnio chyba często słyszysz te dwa wyrazy. Wyjazd na kwalifikacje to spełnienie małego marzenia?

– Marzeniem jest wygrywanie meczów w turnieju głównym. Zapewnienie sobie miejsca w
kwalifikacjach to zrealizowanie celu. Nie udało się przed rokiem ani dwa lata temu, a teraz
wreszcie polecę do Australii. Na pewno będę cieszył się możliwością gry w Melbourne i
obiecuję, że dam z siebie wszystko.

– Kilka razy byłeś dosłownie o krok od wyjazdu na Wielkiego Szlema. Pojawiała się irytacja i pytania do samego siebie, kiedy wreszcie się uda wyjechać? 

– Było coś w rodzaju rozczarowania. Zawsze byłem blisko i zawsze kończyło się na siódmym
miejscu na liście oczekujących. Wyjazd był na wyciągnięcie ręki, ale tych kilku punktów
brakowało.

– Udział w kwalifikacjach w Melbourne odbierasz jako nagrodę za najlepszy sezon w karierze? 

– Przede wszystkim to nagroda za ciężką pracę. Kwalifikacje Australian Open odbieram też
jako zaszczyt, bo przecież nie każdy może w nich wystartować. Wierzę, że najlepsze sezony
w karierze dopiero przede mną. Z tych co już rozegrałem, to ten był najlepszy, co potwierdza miejsce w rankingu.

– Z czego to wynika, że najlepsze wyniki osiągasz w egzotycznych miejscach? Dawniej Maroko, w tym roku dotarłeś do finału challengera w Uzbekistanie. 

– Warto zwrócić uwagę na co innego. O ile zawody w Maroku były rozgrywane na nawierzchni ziemnej, to turniej w Taszkiencie był już na hardzie. Trener Iwański od początku mi mówił, że widzi mnie właśnie na szybszych nawierzchniach. To jest przewrócenie teorii o moim tenisie o 180 stopni. Coraz częściej będę grał na twardych nawierzchniach.

– O tym też była dyskusja na profilu twojego trenera. Co decyduje, że na hardzie możesz osiągać lepsze rezultaty?

– Na nawierzchni ziemnej najlepiej być atletą z dwoma potężnymi uderzeniami, którymi można przyspieszyć i skończyć. Ja takich broni nie posiadam. Nawierzchnia twarda sama w sobie jest szybsza, dzięki czemu jest mi łatwiej zagrać kończące uderzenie lub wymusić błąd na rywalu. Piłka tak nie zwalnia, więc mogę wykorzystać swoje atuty. Potrafię też się dobrze poruszać po hardzie, dzięki czemu mogę na przykład wyprowadzać skuteczne kontry.

– Wróćmy jeszcze na koniec do Australii. Zagrasz gdzieś przed kwalifikacjami czy
przylecisz od razu do Melbourne? 

– Na pewno zagram challengera przed kwalifikacjami do Australian Open. Nie wiem jeszcze
gdzie dokładnie, bo to zależy od tego, jak się będą listy startowe układały.

– Lot do Australii nie jest tani, ale rozumiem, że znajdą się pieniądze na tę podróż.

– Polecę na pewno.