Polka przegrała z Kateryną Bondarenko w trzech setach po niezbyt atrakcyjnym meczu. Tego dnia oprócz Polki nie odpadł nikt z rozstawionych tak wysoko. Trudno do tej samej kategorii zaliczyć porażki Dmitrija Tursunowa (nr 29), Rainera Schuettlera (30), Franceski Schiavone (28) czy Aleksandry Wozniak (30).
Kogo bardziej nie dało się w Melbourne pokonać: rywalki czy samej siebie? A może warunków na korcie?
Agnieszka Radwańska: Pogoda pogodą, ale gra zupełnie mi się nie kleiła. Zwłaszcza w I secie. Zresztą wielkiego tenisa nie pokazałam w całym meczu. To nie był mój dzień. Podejrzewałam, że nie będzie tak prosto wygrać z Kateryną, bo ona nie gra zbyt często uderzeń na raz, zdecydowanie woli dłuższe wymiany. Udowodniła to w tym meczu.
Trudno się podnieść po takiej porażce?
Najbardziej boli to, że odpadam w pierwszej rundzie. Nie da się ukryć, że byłam faworytką, ale niespodzianki się zdarzają. W każdym wielkoszlemowym turnieju taka przykrość spotyka w I rundzie 64 zawodniczki, wypadło na mnie. Po meczu siedziałam sobie na ławce i patrzyłam, jak ludzie opuszczają trybuny. Nie myślałam o szybkim prysznicu. Nawet nie zapłakałam. Czasami bywa tak, że po meczu bierze się rakietę i z wściekłości wali nią tak długo, aż nic z niej nie zostanie. A po tym meczu nie było żadnych emocji.
Pani zostały jeszcze w Melbourne występy w deblu.
Debel to debel, patrzę na niego przez palce. Nie nastawiam się na szalony wynik. Ale wychodzę na kort po to, żeby wygrać.
Więcej w Rzeczpospolitej





