Polaków kortowy portret własny?

Tak się jakoś utarło, że moje teksty odnoszą się do spraw stricte technicznych. Tak też będzie i tym razem.

Tym tekstem chcę zwrócić uwagę na pewną prawidłowość jaka pojawia się w zachowaniach ludzi przychodzących na kort.

Naturalną cechą człowieka jest naśladownictwo i chęć upodabniania się do najlepszych. Nie inaczej jest z tenisistami grającymi rekreacyjnie. Efektem tego są niezliczone klony Nadala, Djokovica czy Federera o mniej lub bardziej zbliżonych gabarytach do pierwowzorów.

Chcemy mieć te same stroje, buty, akcesoria i rakiety co mistrzowie. Prawie nic w tym złego, właśnie, prawie. I to słowo „prawie” jak w popularnej reklamie ma zasadnicze znaczenie.

To, że ktoś ma taką samą koszulkę i spodenki jak topowi gracze, ten sam model butów, tą samą torbę, skarpety, frotki itd. nie jest problemem. To kwestia zasobności portfela. Poza tym bezspornym jest, że są to akcesoria markowe, dobrej jakości, przystosowane do danej dyscypliny. Tylko przyklasnąć.

Rzeczą jaką można nazwać sporną w tej naszej idylli jest rakieta.

Zasada u znakomitej większości graczy rekreacyjnych jest taka – skoro gra nią (rakieta) Nadal gram i ja! Nie ma to jak zaspokojone ego!

Po co zwracać uwagę na takie drobne szczegóły jak:

1. Czy gram jak ten Nadal?

2. Prezentuję jego styl gry?

3. Mam jego technikę (chwyty, prowadzenie rakiety, timing itd.)?

4. Mam jego zwinność, szybkość, zwrotność itd.?

5. etc…

Przecież to są jakieś drobnostki, szczegóły, coś zupełnie nieistotnego…

Ludzie, zgroza mnie ogarnia i ręce opadają. Mówiąc kolokwialnie – weźcie i się puknijcie w łepetyny.
Większość z nas jeszcze nie umie (lub już nie umie) grać w tenisa na poziomie technicznym uprawniającym do gry tym czym grają zawodowcy. Dlatego oni są zawodowcami a my nie. Bezmyślnym naśladownictwem sami sobie krzywdę robimy.
To, że może i nawet kiedyś ogracie lub ograliście jakiegoś instruktora czy byłego zawodnika o niczym nie świadczy. Bo on też de facto jest amatorem.

Powiedzmy to wprost – na dziś nie stać technicznie i sprawnościowo większości z nas na grę z równorzędnym rywalem tzw. rakietami wyczynowymi. Tak się nam tylko wydaje.
Ja doskonale rozumiem, że mamy ambicję na tzw. wyczynowe rakiety i uważamy, że stać nas wszystkich na to. Tak jednak nie jest choć pewnie miło usłyszeć od kolegi amatora, że się musi się być niezłym graczem skoro na pytanie o sprzęt wskazujemy wyczynowe rakiety.

Trzeba sobie wtedy odpowiedzieć na proste pytanie – czy więcej frajdy mamy z naszego dobrego samopoczucia z tym związanego czy jednak z tego, że gramy solidnie i powoli rozwijamy się unikając urazów?

Tak, gra zbyt wymagającą rakietą degraduje nasze umiejętności i prowadzić może do nawet poważnych urazów.

Sam kiedyś trenowałem i to od dziecka, ale będąc od wielu już lat czystym amatorem, dla którego tenis jest formą rekreacji, nie wychodzę poza sprzęt jakim nie powinienem w mojej ocenie już grać. Na razie mogę zapomnieć o rakietach typu Wilson Pro Staff Original 6.0 Mid, Head Prestige 600 Mid, Head Pro Tour 280 itd. Nie przymierzam się już też do rakiet z dopiskiem Pro czy Tour. Szkoda mi ręki i nie mam już takiego przygotowania fizycznego by sprawnie operować taką ramą przez 2-3 sety.

Obecnie jeszcze wrócę (teraz gram tweenerami) do gry rakietami typu Head Radical MP, Wilson [K]SixOne Team, Yonex RDS 002/003, Dunlop AeroGel 300 ale tylko na kilka lat. Potem spokojnie będę już tylko analizował tweenery przy wyborze kolejnych ram.

Po prostu nie pracując uczciwie fizycznie poza kortem nad szybkością, elastycznością, gibkością a cięższe rakiety, o czym już pisałem, powoli będą degradować technikę i w dłuższym okresie mogą doprowadzić do większych urazów.
Warto zadać sobie pytanie – po co mi to? Po to by pokazać, że umiem? Większą frajdę sprawia mi jednak gra ładna i techniczna niż robienie wrażenia, że gram wyczynówką może i też technicznie ale przez góra set.

Jak już bardzo nas to boli to jest na to sposób. Można sobie kupić jedną zawodową ramę i od czasu do czasu nią pograć by zobaczyć co się już/jeszcze potrafi. Sam mam wspomnianego wyżej Wilsona PS-a 6.0 Mid i czasem nim się pobawię przez kilka gemów, tie-breaków, może set.

Oczywiście są też takie przypadki gdzie poziom techniczny nieuprawniający do gry rakietami wyczynowymi nie stoi w przeszkodzie z dobrymi wynikami na korcie, ale to wyjątki a my mówimy o regule.
To dość ryzykowna teza ale osobiście uważam, że w 75%-80% przypadków tzw. czystych amatorów czyli ludzi, którzy nie uczestniczyli w regularnych treningach za młodu lub nawet nauczyli się grać z trenerem ale w wieku powyżej 35 lat górną granicą sprzętową są tzw. tweenery. Jak ktoś jest lepszy to o profilu ukierunkowanym na czucie a mniejszą siłę generowaną z ramy czyli np. 23-20 (zwężająca się). Dla słabszych graczy, stroniących od woleja odwrotnie a więc np. 20-23 (rozszerzająca się). W tym przypadku mamy więcej mocy a mniej czucia. Waga rakiet na poziomie maksymalnym około 295g. (waga ramy).

Gdy jesteśmy byłymi zawodnikami to oczywiście możemy spokojnie grać rakietami typu Wilson [K]SixOne 95 czy Head Prestige. Jednak co ciekawe spora część świadomych sprzętowo byłych graczy grających rekreacyjnie, sparingowo czy prowadzących treningi bardzo często wybiera właśnie tweenery. Dlaczego? Bo po co się mordować bardziej wymagającym szpadelkiem?

Przekraczając 40 lat też powinniśmy się już tylko nastawiać na tweenery, nawet byli gracze. Przekraczając 50-tkę może i warto pomyśleć o jakimś wygodnym spindoktorze.

To nie wstyd, to wygoda i objaw świadomości swej gry. Kortowi „mędrcy” to wyśmieją a fachowcy zauważą i docenią.

To samo tyczy się też tak bezkrytycznie kopiowanych idoli. Czy np. Pete Sampras gra nadal swoim PS-em 6.0 Mid? Nie, gra SixOne-em Tour, rakietą mniej wymagającą. Inni robią to samo i dodam, że robią to świadomie. Nawet czasem zdarza się to czynnym graczom u schyłku kariery w specyficznych sytuacjach. Przykładem może być tu Andre Agassi, ostatni Roland Garros jaki rozegrał (odpadł w pierwszej rundzie) zagrał nie swoim Radicalem Tourem a Instinct Tourem.

Jeżeli ktoś poczuł się urażony tym tekstem to trudno. Dobre jest to, że zidentyfikował się jako osoba z ww. problemem, a złe to, że tego nie rozumie.

Można powiedzieć – nie mój cyrk nie moje małpy…

Może jednak warto zrewidować swoje podejście do wyboru sprzętu i po prostu zejść na ziemię. Zwyczajnie szkoda naszej pracy, zapału i już zdobytych umiejętności.

Pozostawiam to pod Waszą rozwagę.

Vivid