Paula Kania: Będzie dobrze, ale nie zapeszajmy!

Z Paulą Kanią rozmawiamy o tym dlaczego tak dobrze smakuje gra w turnieju głównym i co tak naprawdę w tym Wimbledonie jest takiego wyjątkowego.

Dwa mecze w kwalifikacjach i całkiem niezły występ w turnieju głównym. Na plus?

Eliminacje nigdy nie są łatwe, to trudny kawałek chleba. Każdy wie o co walczy. A że nie ma punktów, czy pieniędzy to stawka jest bardzo wysoka, bo dopiero właściwie od głównej drabinki jest zupełnie inaczej. Wszystkie dziewczyny są bardzo naładowane, nie są to łatwe mecze. To jest jednak mały kroczek w kierunku turnieju głównego. Dopiero w I rundzie poczułam, że turniej się dla mnie zaczął. Szkoda, że się jednak tak szybko skończył. Myślałam, że potrwa nieco dłużej, ale nie był to nasz dzień (śmiech).

W drugim secie było blisko. 3:0. Byłyście zmotywowane i gotowe by wyrównać stan rywalizacji.

Było blisko, ale tym samym było też daleko. Tutaj nie ma decydujących piłek, tylko gra się na przewagi. Przez cały rok gramy z nagłą śmiercią i trochę inaczej to wygląda. Wtedy dopiero wychodzi doświadczenie i pewność siebie. A tutaj często była to jednak kwestia jakiegoś przypadku. Ciężko jest czasami domknąć swoje serwisy, tak jak było w II secie. Nie dałyśmy rady utrzymać swojego podania do końca i niestety tak wyszło.

Porównując to jak inną tenisistką jest pani teraz w stosunku do Pani poprzednich występów na Wimbledonie to patrząc z perspektywy czasu można powiedzieć, że rozwinęła się pani tenisowo?

No nie(śmiech). Na pewno nie jest lepiej w porównaniu do zeszłych lat ponieważ nie dostałam się w ogóle do singla w tym roku, co jest dla mnie taką małą osobistą porażką, ale wydaje mi się, że każdy ma w swoim życiu wzloty i upadki. I dla mnie cały ten sezon to taki trochę upadek, bo nie mogę zaliczyć go do udanych. Ale mam nadzieję, że w przyszłym roku będziemy siedzieli w tym samym pokoju, rozmawiali o moich zwycięstwach w singlu.

Czyli cały czas chciałaby Pani traktować debla jako zadanie dodatkowe, a singiel wciąż znajduje się na pierwszym miejscu?

Tak, jak najbardziej. Dopóki gra w tenisa będzie mi sprawiała przyjemność to cały czas na pewno będę grała singla. Na razie nie jestem jeszcze gotowa na podjęcie decyzji, żeby grać tylko debla. Jeszcze jestem za młoda na to(śmiech). Cały czas walczę i próbuję. Zobaczymy jak będzie.

W deblu zagra Pani jeszcze nie raz nie dwa, czy nawet dziesięć.
(śmiech) Jasne! Ale faktycznie, w deblu ta granica wieku bardzo się przesunęła i niemal nie istnieje. Do tego w deblu nie trzeba aż tyle się ruszać. Dużo mniej biegania, serwuje się co czwartego gema więc fizyczność nie jest taka ważna jak w singlu. Tutaj różnica jest naprawdę kolosalna. Wiem, mogę porównać z własnego doświadczenia. Dopóki zdrowie będzie pozwalało to gram! (śmiech).

Teraz jest Pani cały czas w swego rodzaju ciągu turniejowym. Jakieś zmęczenie nieobecnością przez kilka miesięcy w domu daje o sobie znać?

Ja jestem zwolenniczką takich ?ciągów?. Jestem dobrze przygotowana fizycznie. Mecz deblowy nie jest dla mnie aż tak męczący. Bardziej odczułam to mentalnie, szczególnie tą długą przerwę, ponieważ ostatni mecz zagrałyśmy w czwartek, a to jest w sumie cały czas ten sam turniej. Prawie tydzień czekania, żeby zagrać dalej w tym samym turnieju. To jest trochę czekania. Wiadomo, cały czas się trenuje. Nie ma możliwości, żeby zrobić normalnie wszystko w dwie godziny, tylko zawsze się dzieli kort z innymi zawodniczkami. To było najbardziej męczące, nawet bardziej niż sama gra.

Pamiętam jak kiedyś ?zjechała? pani korty w Roehampton. Cokolwiek zmieniło się na lepsze,czy cały czas ludzie popijają sobie piwko, a atmosfery inaczej się nie da określić, jak tylko piknikowa.

(śmiech) Jest lepiej. Naprawdę lepiej. Chociażby ze względu na to, że nie dostajemy kartoników na jedzenie z wybranym jednym ziemniaczkiem, łososiem i na przykład deserem. Teraz mieliśmy na karcie 30 funtów i przynajmniej za to mogą chociaż dwie osoby zjeść. A wcześniej było jedzenie tylko dla zawodnika, co na Szlemie moim zdaniem jest nie do pomyślenia.

Czyli jednak święta trawa przy Church Road nie taka święta?

O kurczę. (śmiech) Ciężko powiedzieć. Wydaje mi się, że jest i tak lepiej niż w Paryżu ponieważ możemy mieć trzy akredytacje, a nie dwie. Więc to już jest plus. Wiadomo, że Londyn jest niedaleko i na pewno jakbym miała więcej biletów to zabrałabym i więcej osób. Ale wtedy też każda inna zawodniczka musiałaby dostać. Także może kiedyś będzie jeszcze lepiej.

To co dalej?

(śmiech) Na razie to mam do wyleczenia jeszcze dawne kontuzje, więc postanowiłam, że raczej ominę resztkę sezonu na cegle. Będę chciała od razu zagrać turnieje na hardzie, a takie są właśnie ITF-y. Planuję zagrać w USA dwie ?sześćdziesiątki?. Później to zobaczymy, wszystko zależy od tego jak będę grała, gdzie się dostanę na turnieje. Na razie muszę trochę zwolnić, odpocząć, wyleczyć się i później będę myśleć co dalej.

A z jaką kontuzją teraz Pani walczy?

To są stare rzeczy. Jedna kontuzja to jest mój bark, który doskwiera mi już od jakiś siedmiu lat…

…ale serwowała Pani bardzo dobrze!

W sumie tak, całkiem nieźle mi to wychodziło (śmiech). Ale wiadomo nie mogę brać cały czas tabletek przeciwbólowych. Bez tego nie byłabym w stanie zagrać i zaserwować tak dobrze. A druga rzecz to stopa, w której dwa lata temu rozerwałam ścięgno podeszwowe i teraz często daje się we znaki. Teraz muszę to sprawdzić w domu i dopiero wtedy będziemy podejmowali jakieś kroki, co do rehabilitacji.

To czego życzyć Pauli Kani oprócz zdrowia?

Zdrowia, dużo marzeń i frajdy z gry. Co do tenisa to nie mówię, bo nie zapeszajmy (śmiech)!

 

Rozmawiał: Piotr Dąbrowski