Na „skróty” do celu…

Dowód tenisowej maestrii. Bliskiego perfekcji wyczucia piłki, kortu i pozycji przeciwnika. Dla kibiców – chwila oddechu od nieustających wymian płaskich bomb.

Efektowny przerywnik. Dropszot, spolszczony jeszcze bardziej do miana „skróta”.

Czasem grany w sposób absolutnie kaskaderski…
 

… czasem wręcz przypadkowy. Nie od rzeczy byłoby jednak nauczyć się grać dropszota świadomie. A potem opanować tę umiejętność biegle i i z pełną premedytacją wpleść w taktykę. Innymi słowy – wiedzieć kiedy zastosować.

Bo skrócik to uderzenie wyjątkowe i w wyjątkowych sytuacjach należy je grać. Zazwyczaj nie warto przesadzać z częstotliwością, chyba że przeciwnik ewidentnie ma problem z poruszaniem się w kierunku siatki, czy to na skutek kiepskiego wytrenowania, czy też kontuzji.
W jakich konkretnie sytuacjach stosować? Odpowiedź możnaby podstawić adekwatną do tego typu pytań i brzmiałaby wówczas: „To zależy!”. Kilka uniwersalnych wskazówek jednak można tu przytoczyć:

– rywal okopany głęboko za linią końcową, nastawiony na defensywny tenis, demonstrujący skrajną alergię na granie czegokolwiek choć pozornie przypominającego woleja. Wówczas okazjonalny dropszot daje nie tylko szansę bezpośredniego wygrania punktu, ale (co wręcz cenniejsze) wybija takiego zawodnika z rytmu i zmusza do grania nieswojego tenisa. Daje zatem efekt najbardziej pożądany z punktu widzenia taktyki.

– rywal poruszający się w przeciwnym kierunku, czyli tak zwane „zagranie przeciw nogom”.

– przeciwnik wyrzucony głęboko poza końcową linię kortu, przykładowo na skutek rozpaczliwej gonitwy za lobem.

– generalnie dropszot skuteczniejszy jest na nawierzchniach podatnych na rotację (mączka ceglana) niż preferujących płaskie uderzenia (trawa, parkiet). Bynajmniej nie oznacza to, że na tych ostatnich należy całkowicie zarzucić pomysł „skracania” wymian. Ot, należy ostrożniej dobierać okazje do takiego zagrania, bo i nadziać się na bezwzględną kontrę można tu o wiele łatwiej.

Jak ćwiczyć? A choćby tak, jak na poniższym filmiku.

Obraz powie tu więcej, niż najdłuższy elaborat. Ja tylko wtrącę swoje trzy grosze w temacie najbardziej, moim zdaniem, istotnych aspektów technicznych. Aspektów, które siłą rzeczy prowadzą do powszechnych błędów.

1. Praca ciała – to piłka ma wytracić pęd, nie ciało uderzającego! Odmienna opinia jest nawet powszechniejsza niż myślałem. Nawet profesjonalistom zdarza się głosić opinie, że zagranie tego typu wiąże się z koniecznością zatrzymania ruchu ciała. Coś takiego wyczytałem w książce autorstwa amerykańskiej trenerki Tiny Hoskins, choć tam o ile pamiętam uwaga dotyczyła konkretnie stop-woleja. Samą książkę, będącą zbiorem  ćwiczeń dla tenisistów na wielu poziomach zaawansowania z pewnością jeszcze zrecenzuję na blogu. Z opinią natomiast absolutnie się nie zgadzam, niezależnie od tego, czy gramy po koźle czy z powietrza.
Praca ciała przy dropszocie niczym nie różni się od analogicznej podczas klasycznych uderzeń z głębi kortu. Nie różni się, bo przecież pamiętamy, że im dłużej odprowadzamy piłkę, im dłużej mamy ją na rakiecie, tym większą zachowujemy nad nią kontrolę. Nie różni się, bo przecież nie chcemy zdradzać przeciwnikowi zbyt wcześnie naszych zamiarów. A praca ciała zazwyczaj bywa pierwszym sygnałem na temat naszych intencji.

2. Uderzenie – jak wyżej. Noo, może nie do końca, ale w pierwszych fazach nasz dropszot powinien przypominać klasyczny slajs. Tak samo głęboki zamach, takie samo prowadzenie rakiety bezpośrednio przed uderzeniem. Powody dla tego stanu rzeczy są identyczne jak piętro wyżej.
Ok., rzeczywiście, przychodzi mi do głowy jeden powód, dla którego możnaby stosować inny zamach. Krótszy, dobitnie sugerujący intencję zagrania skrócika. Rzecz jasna tylko po to, by przeciwnik ruszył śmiało przedwcześnie do przodu i nadział się na nasz głęboki slajs, plasowany krótkim, dynamicznym ruchem nadgarstka pod końcową linią.
Jeżeli jednak w istocie zamierzasz skracać, elementem wyróżniającym takie uderzenie powinno być dopiero…

3. Wykończenie ruchu nadgarstka. I tu w zasadzie można stosować różne patenty. Uczono mnie, żeby w ostatniej fazie kontaktu z piłką wykonywać gwałtowny skręt nadgarstkiem w górę tak, by ujrzeć uderzającą stronę płaszczyzny naciągu skierowaną w swoją stronę. Ostatecznie gram w ten sposób, że w momencie wypuszczania piłki maksymalnie rozluźniam nadgarstek, wykonując jedynie delikatny skręt w opisywanym wyżej kierunku. Popróbuj samodzielnie, samodzielnie zdecyduj, jaki sposób wykończenia przynosi Tobie najlepszy efekt. Jaki daje największą kontrolę nad uderzeniem, czyniąc zarazem piłkę miękką i szybko gasnącą.

I nie zniechęcaj się ewentualnymi niepowodzeniami. Nie od razu dropszota zbudowano, jak mawiali starożytni Indianie. Graj na treningu do znudzenia i do osiągnięcia precyzji. Graj śmiało w meczach, pamiętając jednak, by nie było to zagranie na siłę. Szukaj rzeczywistych okazji, by w ten sposób przeciwnika kąsać, jak to czynią najlepsi.

I nawet, jeżeli bezpośrednie korzyści nie będą oczywiste (bo rywal dobiega „do wszystkiego”, bo precyzja jednak nie ta), może się okazać, że osiągnięta tą drogą przewaga taktyczna (zmęczenie przeciwnika, wybicie z rytmu gry) może być nagrodą w zupełności satysfakcjonującą.


zapraszam na http://tenisowy.bloog.pl