Magda Linette: Wszyscy uczymy się na błędach

Z najlepszą polską tenisistką rozmawiamy szczerze o tenisowym życiu.

To zacznijmy od początku. Twój tata zawsze powtarza, że uwielbiałaś od małego tenis i zmęczenie treningiem. W którym momencie przygody z tenisem poczułaś, że może być to nie tylko zabawa, ale coś czym będziesz zajmowała się całe życie?

Ciężkiej pracy od samego początku uczył mnie właśnie mój tata. Według mnie tata od zawsze podchodził do wszystkiego bardzo poważnie i tak naprawdę dzięki niemu ja już w bardzo młodych kategoriach wiekowych już byłam bardzo wysoko. Dziś uważam, że to nie było najlepsze ponieważ w pewnym momencie moje skupienie było przede wszystkim na wyniku, a nie na tym żeby iść do przodu jeśli chodzi o mój tenis i wydaje mi się, że to mnie troszkę przystopowało. Po prostu nie rozwijałam się tak szybko, jakbym tego chciała. Wydaje mi się, że około osiemnastego roku życia, kiedy zaczęłam grać w kobiecych turniejach i nagle wyskoczyłam na 170. miejsce w rankingu to być może był ten moment, że zdałam sobie sprawę z tego, że jestem w stanie dojść wysoko. Kiedy gra się w turniejach juniorskich to ma się wielkie marzenia, żeby kiedyś wygrać turniej wielkoszlemowy. To wszystko jednak tak naprawdę jest tak odległe, że to jest bardziej w sferze marzeń, a nie konkretów. A tutaj nagle na tej właściwej liście już byłam w miarę wysoko i się łapałam do niezłych turniejów, więc wydaje mi się, że właśnie dopiero wtedy, kiedy miałam osiemnaście lat.

fot. Instagram

Przed Tobą do wielkiego touru wchodziły też Magda Grzybowska, Marta Domachowska, czy kilka lat starsza Agnieszka Radwańska. Dziewczyny przetarły szlaki, czy pierwsze zetknięcie z tym światem nie było takie proste?

Ja jestem zupełnie osobno, nie byłam blisko ani Agnieszki, ani Marty. To nie jest tak, że od samego początku wiedziałam czego mogę się spodziewać. Wraz z moim teamem przecieraliśmy właściwie „mój” szlak. I wydaje mi się, że każdy tenisista robi tak samo, to nie jest tak, że ktoś przetrze mój szlak. Nigdy tak nie jest. To jednak każdy musi przejść przez swoje trudności, swoją drogę. Każdy ma swój plan na to, co chce robić i jak chce robić. Dla mnie Agnieszka była bardzo szybko tak wysoko, że dla mnie to, co osiąga i jak to robi, było absolutnie kosmiczne i wydawało się tak odległe. W pewnym momencie nawet bardzo odległe, bo ja byłam na turniejach ITF 25 tys. dolarów, na zimnej hali bez żadnego ogrzewania i graliśmy tak naprawdę o jeden, dwa punkty do rankingu, a ona wtedy grała finał Wimbledonu z Sereną Williams. Nie było tutaj jakiegokolwiek odniesienia do mojej gry. Każdy ma po prostu swoją drogę i musi zawsze przetrzeć swój własny szlak. Przejść przez swoje trudności. Moje zajęły mi tyle czasu, ile potrzebowałam by dojrzeć do niektórych rzeczy i ich się nauczyć. Nie wydaje mi się, żeby to było w jakikolwiek inny sposób możliwe. Być może gdyby to była moja siostra, gdybym podróżowała z kimś, kto wcześniej był tam w środku i widziała ten świat od najmłodszych lat być może wtedy tak, ale też nie ma na to gwarancji.

W twoim przypadku droga na szczyt postępowała krok po kroku. Ten przeskok z turniejów ITF do WTA był trudny, czy to przyszło dosyć naturalnie?

Nie wiem od czego tak naprawdę zacząć (śmiech). Ta droga była bardzo długa. Od osiemnastego roku życia, gdzie właściwie w ciągu dwóch miesięcy wskoczyłam na 170. miejsce później bardzo dużo się wydarzyło. Leciałam to w dół, to w górę, a do tego jeszcze zerwałam więzadła. Miałam kolejny kryzys. Gdzieś tam byłam już w setce, ale dalej nie mogłam pójść do przodu więc cały czas to była taka sinusoida. Ale mimo wszystko szłam powoli do przodu i to był ten plus, że jednak mimo wszystko nie spadłam poniżej pewnego określonego poziomu. Staram się cały czas myśleć nie do końca o tym jaki mam ranking, ale tylko i wyłącznie o tenisie. Wiadomo, to jest bardzo trudne, jeżeli ma się naprawdę bardzo mało pieniędzy na koncie i ten wynik jest tak cholernie potrzebny. Ja akurat starałam się bardzo szybko grać w turniejach WTA. Jak tylko się na nie łapałam to starałam się i grać w eliminacjach i sięgać po te wyższe turnieje. Aczkolwiek częste mecze na poziomie kwalifikacji są potrzebne do ogrania, żeby później w tych wyższych rundach być w stanie wygrać te mecze i dlatego czasami były też ITF, aby po prostu dać sobie kopa pozytywnej energii po wygranych meczach. To było na pewno bardzo ważne, bo tak czysto tenisowo uważam, że trzeba tylko skupić się na własnej grze, bo to jest bardzo, bardzo trudne, żeby pójść w górę z ITF-ów. Każdy, kto przez tą drogę przeszedł wie, że tam każdy mecz jest trudny, każdy tam gra o przeżycie i tak naprawdę te punkty trzeba sobie naprawdę wyszarpać.

Zgodziłabyś się z tym, że ten przeskok z np. 300 WTA na 150-200, kiedy jest już szansa gry w eliminacjach jest najtrudniejsza, też ze względu na potrzebne do zainwestowania pieniądze?

fot. Instagram Magda Linette

Dla mnie największą zaporą jest ten sam początek. Mam wrażenie, że dużo osób zostaje na 15. i to jest najgorsze. Jeżeli komuś udaje się wejść na 25. i 50. ITF to już jest lepiej, ale widziałam bardzo dużo osób, gdzie była dziewczyna np. 4-5 w tenisie juniorskim, a później grała 15. ITF i po prostu nie była w stanie z nich wyjść. Myślę, że ten moment jest najtrudniejszy. Bo to naprawdę są już tak małe punkty i niewielkie premie finansowe. Jednak na ITF 25 tys. dolarów jeden cały turniej to już jakieś tam punkty i pieniądze są, ale uważam, że piętnastki są najtrudniejszą sprawą i ja miałam to szczęście, że zagrałam ich tylko trzy, czy cztery i poszłam wyżej.

A jest coś takiego jak blokada mentalna? Niby grasz bardzo dobrze, tenis jest już prawie na poziomie WTA, a głowa wciąż została na tym z ITF. Czy jeśli umiejętności są wysokie to i tak nie ma znaczenia i będzie dobrze?

Nigdy nie będzie dobrze, jeżeli te dwie rzeczy nie idą w parze. Ale bardzo często jest tak, że to głowa jest po prostu najważniejsza. To działa tak, że tenis zawsze przyjdzie ciężką pracą. Nie jest aż tak ważne, czy ktoś jest utalentowany, czy nie. Dzisiaj są takie sposoby, że można naprawdę każdego wyprowadzić pod względem techniki, czy fizyczności, że do pewnego poziomu wiele osób jest w stanie dojść jeżeli ciało na to oczywiście pozwoli. A ktoś ma bardzo dobre, prawidłowe nastawienie na to, żeby być coraz lepszym i iść w dobrym kierunku, znaleźć ten kierunek i mieć w sobie taką wizję. To według mnie najważniejsze.

Przygotowanie motoryczne poszło mocno do przodu?

Zdecydowanie! Ja teraz robię wiele rzeczy zupełnie inaczej niż kiedy byłam nastolatką. Czasami to kurczę żałuję, że wtedy nie miałam takiej wiedzy i podejścia, jakie mam dzisiaj. Ale nie chcę umniejszać trenerom, ani nikomu ponieważ to jest absolutnie niczyja wina. Aczkolwiek żałuję, że nie miałam takiego teamu, jak dzisiaj troszkę wcześniej, kiedy byłam młodsza. Chociażby nastawienia, podejścia do wszystkiego. Wtedy nawet nie zdawałam sobie sprawy o ile może być lepiej i w jakim kierunku powinnam iść. Dla mnie, dla mojego ciała i jego przygotowania do wysiłku. Sama nie miałam wiedzy na ten temat i szłam drogą, jaką szłam, miałam swoje trudności do przeskoczenia, co wcale nie było takie proste.

Możemy powiedzieć, że dzisiaj dziewczyny z Polski, które mają -naście lat i rozpoczynają przygodę z zawodowym tenisem mają łatwiej?

Czy ja wiem? Nie wydaje mi się, żeby było im wiele łatwiej, bo ktoś wcześniej osiągnął jakiś fajny wynik. Wiadomo, zawsze warto zapytać się jak się do czegoś doszło, przyjść na trening i porozmawiać. Ja zdecydowanie jestem otwarta jeżeli któraś z młodych tenisistek typu Iga Świątek, czy Maja Chwalińska chciały ze mną potrenować, to absolutnie nie ma żadnego problemu. Pod tym względem faktycznie to jest fajne, że one mają taką możliwość, żeby przyjść i potrenować z kimś kto jest wysoko w rankingu. Ja właściwie takiej szansy nie miałam wchodząc do touru i do momentu, kiedy zaczynałam grać w turniejach WTA i gdzieś zaczęło mi się udawać na treningach kogoś złapać. Pod tym względem na pewno tak, ponieważ to dodaje energii i wtedy ten ktoś widzi gdzie jestem i może zdiagnozować w którą stronę muszę iść i czego mi jeszcze brakuje. Może pod tym względem, ale czy ktoś ma łatwiej? Nie sądzę. Myślę, że tak samo droga dla nich trudna, jak była dla mnie. Być może dzięki Agnieszce, mnie i na pewno dzięki Jerzykowi, czy innym chłopakom, którzy osiągali dobre wyniki jest coraz większe zainteresowanie tenisem i z tego powodu tym młodszym będzie łatwiej znaleźć sponsorów, będzie więcej turniejów w Polsce. To jest w praktyce jedyna rzecz, która tak naprawdę może pomóc.

fot. FB Magda Linette

Dzisiejszy WTA Tour jest najcięższy w całej swojej historii, przede wszystkim dlatego, że poziom jest tak niezwykle wyrównany, a każdy punkt trzeba wyrwać?

Tak, ja się w stu procentach z tym zgadzam. Bardzo mnie denerwuje to, kiedy słyszę, że nie ma liderki. Naprawdę? Kiedy Roger wygrywa 20, 50 turniej wielkoszlemowy wszyscy mówią „O, Król Roger”, a kiedy Serena wygrywa to mamy: „O Boże, znowu ona”. Tak naprawdę zawsze źle, zawsze niedobrze. I to jest przykre i wkurzające dla mnie. Ja akurat uważam, że ten poziom idzie bardzo w przód i będąc w 80 WTA grałam i widziałam, że jestem na poziomie dużo wyższym, ale jest tyle dziewczyn grających dobrze, że bardzo ciężko jest dziś iść w górę rankingu, zdobywać punkty na najmniejszym turnieju, każdy mecz jest bardzo, ale to bardzo wyrównany. Trzeba trzymać się w ryzach, być jak najlepiej przygotowanym. Przychodzi coraz więcej dziewczyn, cały czas, co roku, głodne, młode dziewczyny wybijają się, są coraz lepiej wytrenowane, coraz silniejsze fizycznie. Tenis idzie coraz bardziej do przodu i szybko ewoluuje. Dla nas to również jest bardzo trudne.

Trudno wysoko dojść, ale jeszcze trudniej się utrzymać?

Dokładnie. Ale z drugiej strony grając na tym wysokim poziomie jest łatwiej, ponieważ na ITF-ach bardzo ciężko jest grać dobry tenis. Można zagrać nawet trzy razy gorzej, a wygrać mecz. Kiedy gra się z dziewczyną, która jest trochę niżej to ta gra jednak nie zawsze jest na najwyższym poziomie. Jest po prostu trudniej, nieco inaczej.

fot. Instagram Magda Linette

Udało ci się chociaż odpocząć trochę przed sezonem?

Dobre pytanie (śmiech). Na samym początku tak ponieważ pojechałam na wakacje na dziewięć dni, wtedy najbardziej odpoczęłam. Jak wróciłam do Polski to wiedziałam, że mam troszkę intensywniejszy czas. Jako, że nie gram to na samym początku mam bardzo dużo aktywności. Może żadnych fizycznych, ale mimo wszystko jest wiele spraw do załatwienia, tym bardziej, że jestem tak rzadko w domu. Tym bardziej, że tak rzadko jestem w Polsce, że to wszystko się nawarstwia. Jest naprawdę sporo do zrobienia. Teraz czuję się zdecydowanie pewniej na korcie. Coraz bardziej staram się ufać mojemu forhendowi. Chcę grać zdecydowanie agresywniej, niż wcześniej. To jest mój cel, chcę zaufać sobie jeszcze bardziej, dyktować warunki na korcie i będę robić wszystko, żeby tak się stało, bo widzę, że tego typu gra się sprawdza.

2018 był trudny, czy tych plusów też było całkiem sporo?

Był to trudny rok, bo oczekiwania co roku są troszkę większe. Gdzieś pojawia się na niecierpliwość, żeby iść do przodu, nie stać w miejscu. A ten ranking mimo wszystko jest taki sam. Na samym początku roku był już taki fajny przedsmak, że byłam już 55. i tak naprawdę bardzo fajnie wszystko wyglądało, a środek tego roku nie wyszedł i tutaj było przykro, bo mimo wszystko turnieje na ziemi i na trawie zazwyczaj szły mi całkiem fajnie i w tym roku też grałam całkiem nieźle i miałam bardzo dużo okazji, a jednak nie udawało się wygrać w tych spotkaniach. Pojawiła się jakaś presja, a później spadała ta pewność siebie i pojawiało się troszkę takie uczucie niesmaku.

Chyba po raz pierwszy w karierze zderzyłaś się z taką sytuacją, że broniłaś takiej ilości punktów na turniejach wielkoszlemowych.

Prawda, wtedy pierwszy raz na Roland Garros odczułam jak to jest grać z troszkę inną presją. Poszło mi fajnie i powiedzmy „powinnam” obronić te punkty, lub gdzieś tam się zbliżyć, żeby nie spaść w rankingu. To nie było takie proste, tym bardziej, że widziałam, że losowanie było takie dość pozytywne na pierwszy mecz. Wcześniej udawało mi się wygrać z Zariną , znam ją przecież bardzo dobrze. A tutaj wyszłam i naprawdę zagrałam najgorszy mecz chyba w całym roku (śmiech). To był spory zawód, że na takich kortach, na których szło mi całkiem fajnie, które lubię, zagrałam bardzo słabo. Nałożyłam na siebie wtedy za dużą presję i tego po prostu nie wytrzymałam.

Jaki wpływ na dyspozycję mentalną i tenisową miały te większe i mniejsze urazy, których przez lata doświadczyłaś?

Ja zawsze wychodzę z założenia, że jeżeli jestem w stanie to chcę zagrać. Takie małe urazy przez lata faktycznie się nawarstwiały, a ja też miałam małą gonitwę za punktami w pewnym momencie. Później, kiedy wprowadziłam nowego trenera i doszedł do nas Mark Gellard to zaczęliśmy robić zmiany i chcieliśmy, żebym ja była po prostu w stanie wdrażać te zmiany już w trakcie meczu, bo to jest najważniejsze i o to nam najbardziej chodziło. Czasami podejmowaliśmy pewne ryzyko. Czasami ja nie byłam na sto procent przygotowana, albo mocniej zmęczona. Chcieliśmy, żebym po prostu wychodziła na kort i zdobywała bieżącą wiedzę co zrobić podczas meczu i jak najszybciej wprowadzić te zmiany. Dlatego, że na treningu wszystko już mi zaczęło bardzo dobrze wychodzić, a przecież najważniejsze jest umieć wprowadzać do meczu to wszystko, co wypracowało się na treningu. Przez wiele lat było to dla mnie problemem. Trzeba w końcu się zdecydować jaką drogę obrać i my zdecydowaliśmy się podjąć pewne ryzyko, które w niektórych momentach się opłaciło, jak np. podczas meczu z Naomi Osaką w Waszyngtonie. Leciałam prosto z Chin, nie miałam praktycznie w ogóle odpoczynku. Byłam bardzo wykończona, a udało mi się zagrać dwa fajne mecze. Później musiałam zbierać tego żniwa i na kolejnych turniejach mi nie poszło. Były plusy, były minusy. Po prostu podjęłam ryzyko, nie wyszło tak jak byśmy sobie tego życzyli, ale warto żebyśmy wyciągnęli dobre wnioski na rok 2019. Mamy w planie zagrać o pięć, sześć turniejów mniej i mam nadzieję, że uda mi się zdobyć dużo lepszy ranking właśnie grając mniej.

fot. Instagram Magda Linette

W 2017 polubiłaś Paryż bo była III runda, a do Wimbledonu cały czas ten stosunek jest chyba ambiwalentny?

I tak i nie. W 2018 roku byłam bardzo blisko, ten mecz naprawdę był niesamowity To była pierwsza runda, prawda? Znowu! Tutaj miałam bardzo dużą szansę, bo już prowadziłam 6:5 w trzecim secie i serwowałam 30:15. I to bardzo bolało. Byłam bardzo blisko, wydawało mi się też, że losowanie było całkiem pozytywne. Być może takie myślenie troszkę mnie zgubiło. Tak, bolało bardzo, bo to był długi mecz, walczyłam jak mogłam, a jednak nie zostałam wynagrodzona za tą walkę. Bolało…

Taka sytuacja: kończy się losowanie. Patrzysz w drabinkę, a tutaj okazuje się, że zagrasz z Sereną Williams, czy Naomi Osaką. Myślisz – Ciężko będzie?

Na US Open, kiedy grałam w I rundzie z Sereną byłam na początku wkurzona na to losowanie. Moi trenerzy się cieszyli, co właściwie jeszcze bardziej mnie zdenerwowało. Nie ukrywajmy, ja na samym początku nie wierzyłam, że w ogóle mogę wygrać, bo Serena w jakimś stopniu, mimo wszystko, dla mnie jest legendą. Oglądałam ją od czasu, jak byłam małą dziewczynką. Kiedy ja stawiałam swoje pierwsze kroki to Serena była już na topie. Było to dla mnie mentalnie bardzo duże wyzwanie, bo nie widziałam całego obrazka, co ten mecz może mi dać. Moi trenerzy od samego początku wiedzieli. Więc też miałam później więcej zaufania do teamu, który pokazał mi też wszystkie superlatywy tego, że być może faktycznie losowanie jest trudne, ale ja też to muszę przejść i ten mecz może mnie bardzo dużo nauczyć. Mogę dać z siebie wszystko i a nuż może uda mi się wygrać. Ja jak najbardziej w to wierzę od samego początku meczu, że mam szansę z nią wygrać. Mój team na pewno wierzy we mnie bardziej, niż ja czasami sama w siebie. Na samym początku byłam trochę zniechęcona, ale później z każdym dniem, po tym jak rozmawiałam z moimi trenerami, czy z Alize Cornet, która nigdy nie grała na Arthur Ashe Stadium, to naprawdę to, że ja dostałam taką szansę i zagram w takim meczu to naprawdę fajna sprawa. To jest wybór dyrektora turnieju. Kto, kiedy zagra, a brać udział w tak wielkim wydarzeniu, jak rozpoczęcie US Open to wielka sprawa. Otoczka wokół otwarcia była bardzo fajna, ponieważ był po pierwsze koncert przed, więc ja mogłam obserwować Kelly Clarkson. A podczas mojego meczu na trybunach był Hugh Jackman, Mike Tyson, Anna Wintour, Vera Wang. Przed samym meczem nie zdawałam sobie w ogóle sprawy, że takie osoby będą mnie oglądały. Dopiero w trakcie spotkania, gdzieś na ekranie były pokazywane ich twarze. Siedziałam i tłum nagle zaczyna wiwatować, więc ja po prostu nie wiedziałam o co chodzi. Dopiero wtedy ich zauważyłam. I to był mój błąd. To jest coś czego warto się nauczyć. Wtedy straciłam przez to koncentrację. Kiedy zdałam sobie z tego sprawę zaczęłam czuć ogrom tego wszystkiego. Przy samym wyjściu na kort mniej więcej spodziewałam się, jak to będzie wyglądało i potrafiłam nad sobą zapanować. Początek był fajny, byłam spokojna i opanowana. Ale siedząc, słysząc i widząc aktorów i inne naprawdę znane osoby trochę mnie to przytłoczyło. Gdzieś uciekła mi po prostu koncentracja, co Serena oczywiście wykorzystała od razu. Grałam już wcześniej na tym stadionie, grałam ze Svitoliną na Suzanne Lenglen, grałam na Margaret Court i Rod Laver Arena w Australian Open. Grałam już na tych naprawdę dużych kortach, ale nie ma absolutnie porównania do tego, co było w meczu z Sereną. Cały stadion wykupiony, było 23 tysiące ludzi. Naprzeciwko Serena Williams, która jest tam ubóstwiana, więc tego jaki to był krzyk, kiedy ona wyszła na kort na pewno nie zapomnę do końca życia, bo nawet na koncercie nie słyszałam aż takiego wiwatowania. Ogromne przeżycie, ciężkie, bo wszyscy byli przeciwko mnie, co było bardzo denerwujące. Było to trudne, ale z drugiej strony myślę, że bardzo, ale to bardzo wartościowe przeżycie.

Od Australian Open do US Open nie było na pewno łatwo. Doświadczenie porażki wiele uczy?

Porażki uczą, jeżeli wyciągniemy z nich to, co najważniejsze, czyli konsekwencję. Jeżeli przegramy i będziemy płakać, rzucimy rakietę w kąt i damy sobie z tym spokój to jesteśmy na straconej pozycji. Ja taka nie jestem? Zdziwiłbyś się! Czasami jestem. Jestem tylko człowiekiem, a czasami każdy z nas ma złe dni, każdy popełnia błędy i ja na pewno też. Prawdopodobnie gdybym konsekwentnie wyciągała naukę z tych porażek, to wydaje mi się, że byłoby ich mniej. Na pewno popełniłam w trakcie roku bardzo dużo błędów, może dlatego było ich aż tyle. Być może gdybym o tym nie myślała w tamtych momentach byłoby inaczej. Byłam ambitna, jechałam na kolejny turniej i kolejny. Być może trzeba było troszkę odsunąć się od tego wszystkiego. Zrelaksować, odpocząć, potrenować, wyciągnąć wnioski i konsekwencje. To być może by mi pomogło. Czy by tak było rzeczywiście nie wiem, bo tak nie zrobiłam. Może to jest ważne, żeby się nauczyć lepiej relaksować. I tego właśnie się nauczyłam w ostatnim czasie. Teraz postaram się to zmodyfikować. Zawsze staram się szukać złotego środka. To co mi w poprzednim roku nie wychodziło staram się zmienić i nagle powstają nowe problemy (śmiech). Kurczę, już myślałam, że wszystko robię dobrze, a tu znów coś wyskoczyło. Zobaczymy, czy to jest to, czy o to chodzi. Czy to źle robiłam, czy ten odpoczynek jest dla mnie bardzo ważny. Zobaczymy , czy są to właśnie te konsekwencje, które powinnam wyciągnąć, czy to jeszcze coś innego.

fot. Aleksander Trzciński

Odcięłaś wszystko grubą kreską i dalej po prostu ciężko pracujecie?

Ja mam parę rzeczy, które generalnie chcę poprawić jeżeli chodzi o nastawienie do mojej gry, żebym to ja troszkę bardziej dyktowała warunki. Będę próbowała grać trochę bardziej agresywnie, ale nie koniecznie grać mocniej. Po prostu będę się starała zmodyfikować moje ustawienie na korcie, czego próbowałam też w zeszłym roku i przynosiło to całkiem niezłe rezultaty, ale mimo że to były nowe zmiany, czasami się po prostu gubiłam i przegrywałam mecze zwłaszcza na samym końcu, kiedy byłam podmęczona i nie byłam w stanie podejmować racjonalnych decyzji w stresowych momentach. Na pewno będziemy kontynuować tą pracę, którą zaczęliśmy z Markiem ponieważ on wprowadził parę zmian na które ja i Izo zdecydowanie przystaliśmy. Izo widział to już od długiego czasu, tylko po prostu nie potrafił mi tego do końca dobrze przekazać. Znamy się za długo i ja też nie słuchałam czasem tak jak trzeba było.

Po tylu latach pracy z Izo Zuniciem potrzebowałaś nowego impulsu do zmian?

Taka pierwsza myśl pojawiła się jeszcze w 2017 roku, w okolicach Rolanda Garrosa. Trenowaliśmy ze sobą już około czterech lat i Izo od jakiegoś czasu się nad tym zastanawiał. Pod sam koniec roku wróciliśmy do tego pomysłu, teraz szukaliśmy odpowiedniej osoby. W międzyczasie ja też miałam dużą styczność z Markiem w akademii i Izo znał go bardzo dobrze, ale to także była kwestia modyfikacji kalendarza Marka. Tutaj była też sprawa z akademią i dogadaniem się z Alanem (Alan Ma – założyciel Star River PTC) i jak bardzo Alan pozwoli na to, żeby Mark mógł z nami wyjeżdżać. I to dlatego aż tak długo trwało, żeby to wszystko poukładać. Po dosyć nieudanym sezonie na ziemi Izo podjął konkretną decyzję, żeby wprowadzić nasze plany w czyn. Mark pojechał ze mną na turnieje na trawie do Anglii, wcześniej byliśmy na Majorce. Już znaliśmy Marka dość długo, ja miałam z nim parę treningów i wiedziałam mniej więcej czego się spodziewać, a on powoli zaczął modyfikować te rzeczy, które ustalił wcześniej z Izo. Ja jestem bardzo zadowolona, uważam, że to jest bardzo dobry kierunek. Jeszcze faktycznie, czasami się troszkę gubię i niektóre mecze nie wyglądały tak, jak ja bym chciała. Na samym początku, kiedy odpoczęłam i byłam zrelaksowana w Nanchang to pokazało, że te zmiany są jak najbardziej dobre. Jeżeli jestem wypoczęta i racjonalnie potrafię je wprowadzić w życie, a nie zaczynam się gubić.

Jak zdecydowaliście się podzielić zadania?

Będzie pół na pół, czyli póki co mamy w planie, aby Mark jeździł ze mną dwadzieścia tygodni i Izo koło 20. W trakcie roku to będzie też modyfikowane, bo obaj mają jeszcze zobowiązania wobec akademii i muszę troszkę dostosować swój kalendarz do tego jakie tam są plany. Bo choć oczywiście bardzo mi idą tam na rękę, ale nie mogę sobie tego wybierać, jak bym chciała. To wszystko musi być fajnie zaplanowane. Taki jest plan, żeby było pół na pół. Jeżeli będzie to przynosić rezultaty to być może Mark pojedzie ze mną na parę turniejów więcej na daną nawierzchnię. Izo zaczyna troszkę więcej dawać różnego rodzaju prezentacji, więc rozwija się w swoim kierunku. Ja też nie chcę go limitować tylko i wyłącznie do jeżdżenia ze mną, bo widzę, że się tam świetnie odnajduje i widzi siebie tam. Ja zresztą też go tam bardzo widzę, jest fantastyczną osobą, fantastycznym speakerem i widzę, że jego wolą jest motywowanie innych osób i fajnie się w tym odnajduje, więc też jego plan trzeba będzie dostosować, bo on chce się w tym kierunku rozwijać. Bardzo to szanuję.

fot. Instagram Magda Linette

W akademii trenujesz z wielkimi nazwiskami kobiecego touru – jest i Zarina Diyas i Sasai Zheng.

Dla mnie to jest idealna sytuacja. Ja tak naprawdę nie mogę sobie wymarzyć lepszych osób do trenowania niż Zarina i Saisai. Najpierw Zarina ma naprawdę płaską, mocną piłkę, a później następuje zmiana stylu na Saisai, która biega i przebija każdą piłkę. Są więc dwa różne style gry. Idealnie do trenowania i sparowania, tym bardziej, że one są niesamowicie pracowite i ja sama bardzo dużo się od nich uczę. Od Zariny dobrej jakości treningu, a od Saisai wirtuozerii. Można powiedzieć, że one też bardzo dużo wkładają w mój tenis.

Czegoś nowego się o sobie dowiedziałaś przez ostatnie miesiące?

Dowiedziałam się naprawdę dużo o swoich granicach. Na co jestem otwarta, na co nie. Wcześniej wydawało mi się, że jestem otwarta na różnego rodzaju zmiany, a tutaj okazuje się, że nie do końca (śmiech). To uzmysłowienie sobie samej tego wszystkiego wydaje mi się było ważne. Dzięki temu możemy poznać swoje granice, na co jesteśmy gotowi, a na co nie. Co jesteśmy w stanie zmienić, a co jednak nie. Cały czas szukamy takiego złotego środka. Niektóre zmiany mi pasują, a niektóre nie. Jak co roku, dowiaduję się coraz więcej o sobie, wydaje mi się, że powoli znam siebie coraz lepiej. Ostatni czas to było poznanie swoich granic i możliwości do zmian. To było ważne, bo zdecydowałam się na zmiany, których wcześniej bym się obawiała wdrożyć w sytuacjach meczowych ze względu na wynik, a tutaj troszkę zaryzykowałam i dalej będę próbowała to kontynuować, więc mam nadzieję, że wyciągniemy wszyscy właściwe wnioski.

Rozmawiał: Piotr Dąbrowski