Iga Świątek mistrzynią Wimbledonu!

Ladies & Gentlemen. Iga Świątek. The new Wimbledon Juniors Girls Champion here at Wimbledon. Właśnie tak zapowiedziano warszawiankę, a oficjalny grawer Wimbledonu Emmet Smith wyrył nazwisko „Iga Swiatek” na trofeum i kilka chwil później 17-letnia tenisistka mogła wznieść w górę ten jakże cenny, 73-letni puchar za zwycięstwo w juniorskim Wimbledonie. Sześć meczów, kilkanaście godzin walki na korcie i kilka lat wyrzeczeń, potu na treningach, czy łez po przegranych meczach. Wszystko spięło się klamrą na zapełnionym niemal w całości korcie numer jeden.

Jednak zacznijmy od początku. Dzień wcześniej, godziny wieczorne. Sztab Polki po półfinale i wszystkich obowiązkach chciałby wejść na drugą co do ważności arenę Wimbledonu, aby zapoznać się z geometrią kortu i przystosować do nowych warunków. Polacy zwracają się z prośbą o wejście. Jeden z oficjeli Wimbledonu pomaga załatwić pozwolenie wstępu. Polka dostaje kilkanaście minut sam na sam z „jedynką”.

Dzień meczu. Wiadomo, stawka jest niesamowita, ostatni mecz turnieju, oczywiście ten najważniejszy. Na śniadaniu Iga zaczyna powoli dostrzegać, że zbliża się finał Wimbledonu. Dają o sobie znać emocje, nie może przełknąć nawet kanapki podsuniętej jej przez sztab szkoleniowy. Po zwycięstwie i wykonaniu wszystkich obowiązków turniejowych szybko pobiegnie po risotto.

Godzina trzynasta czasu londyńskiego. Najważniejszy mecz w karierze 17-latki rozpoczyna się. Polka już po kilkunastu minutach przełamuje Szwajcarkę Leonie Kung i wychodzi na prowadzenie 3:0. Widać, że przyzwyczaiła się do warunków i ogromnej, około ośmiotysięcznej publiczności. Rywalka jednak w końcu, jak potem przyzna, dopiero wtedy wchodzi na właściwe obroty i swój optymalny poziom. Przełamuje podanie Świątek i robi się już tylko 5:4. Następnie ma miejsce bardzo zacięty gem, który ostatecznie kończy się break’iem dla Igi i pierwszy set finału zapisujemy na koncie Polki. Drugi był nieco bardziej jednostronny, ale i w nim Szwajcarka Leonie Kung miała swoje szanse. Iga jednak nie dawała jej wiele czasu do namysłu i cały czas kontrolowała przebieg spotkania. Później to warszawianka przejęła inicjatywę w spotkaniu i już do samego jego końca go nie oddała, 6:4, 6:2. Niby tylko cyferki, ale jak wiele znaczą. Nie tylko dla samej zawodniczki, ale także dla całej dyscypliny w naszym kraju. Czy to był najważniejszy mecz w jej karierze? Iga powie później, że chyba faktycznie najważniejszy. Tego samego zdania jest ojciec najlepszej polskiej juniorki – Tomasz Świątek.

Chyba faktycznie największy sukces w karierze. Iga zawsze chciała na turnieju wielkoszlemowym wygrać. Wgrała ostatnio w deblu, ale okazuje się, że to nie była jeszcze pełnia szczęścia. Na Wimbledonie zrezygnowała z debla, żeby spróbować wygrać singla. I to się udało. Atmosfera bycia na korcie numer jeden jest nieprawdopodobna. Tego się nie da w żaden sposób powtórzyć. Nie ukrywam, że przy stanie 3:0 zakręciła mi się łezka w oku. Już sobie zacząłem coś tam dodawać w głowie. Później postarałem się szybko ogarnąć, żeby nie wpływać na to, czy Iga spojrzy w moją stronę i będzie jakoś reagować. Widać było, że jest maksymalnie skoncentrowana. Podejrzewam, że nawet gdyby poukładał się ten mecz na początku nie po jej myśli, to zrobiłaby i tak wszystko, żeby jednak wygrać. Widać po agresji i sposobie rozgrywania piłek. Potrafiła zagrać bardzo do przodu, cofnąć piłkę, zagrać skrót. Miała cały wachlarz przygotowany na ten turniej przygotowany. Ona takie rzeczy gra, tylko trzeba je w odpowiednim momencie wdrożyć w życie. 

Polska tenisistka nie kryje radości. Po ostatniej piłce finału emocje biorą górę, a łzy szczęścia same płyną po policzkach czwartej w historii Polki, która zwyciężyła w juniorskim Wimbledonie. Aleksandra Olsza, Urszula Radwańska, Agnieszka Radwańska. Ważna sprawa, ale ważniejsze jest to, że Iga chce budować tylko swoją historię z nazwiskiem „Świątek” w tle. Szanuje dokonania poprzedniczek, ale liczy, że w zbliżającej się karierze seniorskiej napisze jeszcze nie jeden równie udany rozdział.

Podobnego zdania jest menadżer Igi i prezes Warsaw Sports Group Artur Bochenek, który liczy, że zwycięstwo w Wimbledonie juniorek otworzy jej wiele, do tej pory tylko nieznacznie uchylonych, drzwi.

Coś wspaniałego. Przyznam szczerze, że sam bardzo się wzruszyłem. Łezka poleciała. To jest ten moment na który przez miesiące, długie miesiące od czasu kontuzji, a tak naprawdę przez długie lata pracowała Iga. Pracowała jej cała rodzina no i przyszedł moment w którym jest triumf na tym najważniejszym z turniejów. Bardzo chcieliśmy, aby w tym roku udało nam się w którymś z turniejów wielkoszlemowych powalczyć o finał i ważne zwycięstwo. W Roland Garros był półfinał singla, zwycięstwo w deblu. Nie minął miesiąc i mamy coś wspaniałego. Przyznam szczerze, że jeszcze brakuje mi słów, żeby opisać te emocje, które były w trakcie meczu i tuż po nim. Jestem  prze szczęśliwy i bardzo gratuluję Idze. To jest wspaniała chwila. 

Kolejnym celem Igi, która żegna się na dobre z juniorskim tourem są turnieje zawodowe. Polka rezygnuje z występu w juniorskim US Open i jedyną imprezą kończącą tą przygodę w której weźmie udział jest Igrzyskach Olimpijskich Młodzieży w Buenos Aires. To dla samej zawodniczki bardzo ważna impreza i nie wyobraża sobie, aby na nią nie pojechać. Później czas na nowe cele i walkę o punkty do rankingu WTA.

Zakończyliśmy pewien etap. Zdobyliśmy coś, co jest najważniejsze w juniorskim tenisie. Wygraliśmy, a w zasadzie Iga wygrała ciężką pracą i ciężką walką wygrała Wimbledon. To jest moment, który należy odciąć pewną grubą kreską to co było do tej pory no i jesteśmy na innym etapie. Na dzień dzisiejszy jesteśmy w sytuacji takiej, że zrobiliśmy duży krok do przodu. Stawiamy sobie nowe cele. Te cele są oczywiście w tenisie seniorskim. One są też związane z rankingiem i kolejnymi turniejami, które zaczniemy planować. Teraz jest czas na radość. Pewnie jeszcze przez kilka dni jak wrócimy do Polski. Ten tydzień to jeszcze będzie duża radość, dużo spotkań. Potem trzeba zakasać rękawy. Do pracy i robimy swoją robotę dalej. 

Polka, co już niejednokrotnie podkreślaliśmy jest bardzo silna mentalnie. Jesteśmy spokojni, że wszystko co się w kolejnych miesiącach będzie działo jej nie zmieni i nadal pozostanie tą zawsze uśmiechniętą i twardo stąpającą po ziemi tenisistką.

Po wygranej Polka usiadła na chwilę na krzesełku, aby opanować łzy i pobiegła w kierunku „teamu Świątek”. Był tam jej tata, siostra, najlepsza przyjaciółka, menadżer i kilka innych bliski Idze osób. Całus dla taty, emocjonalny uścisk z siostrą, wujkiem i pozostałymi i już powraca na kort, aby wziąć udział w oficjalnej prezentacji i przeżywać zwycięstwo w Wimbledonie. Wiele o sile Polki mówi to jak zaprezentowała się na przestrzeni całego turnieju. Straciła bowiem tylko jednego seta. W opinii wszystkich jej rywalek Polka prezentuje tenis i siłę gry przystającą nie do tenisa juniorskiego, a do czołówki seniorskiego. Ten kto oglądał finał na pewno nie będzie z tym dyskutował.

Polka dzięki zwycięstwu w Londynie zapewniła sobie udział w eliminacjach przyszłorocznego turnieju seniorek. Wiele jednak wskazuje na to, że będzie miała okazję zaprezentować się w turnieju głównym. Jeżeli na podstawie rankingu znajdzie się powyżej cut off eliminacji możliwe jest przyznanie jej tzw. „dzikiej karty” do turnieju głównego Wimbledonu.

I gdy za kilkanaście lat będziemy patrzeć na te historyczne przecież dla polskiego tenisa obrazki, z ekranu będzie na nas spoglądać szczęśliwa i uśmiechnięta od ucha do ucha Polka. Wszystko co do tej pory osiągnęła, wszystkie zwycięstwa i porażki, których doznała, zaprowadziły ją, przynajmniej na razie, do zwycięstwa w Wimbledonie.

Na zwycięstwo w każdym turnieju musi się złożyć kilka czynników. To nie jest tak, że po prostu wychodzimy i mówimy „Ok, wygram”. Wszyscy ci, którzy tak mówią albo się do końca nie znają, albo są za mocno sami zadufani w sobie. Dlatego ja uważam, że Iga miała tutaj wszystko poukładane tak, jak powinno być. Pod względem przygotowania i tym trenerskim. Na tym turnieju wszystko poskładało się w jedną całość. W to jedno zwycięstwo, którego tak naprawdę wszyscy tego chcieliśmy. Na korcie jest tylko Iga, to się jej udało i chwała jej za to. Ma dopiero siedemnaście lat i cała beczka soli przed nią do zjedzenia. Ale dziś wszystko jest na swoim miejscu – kończy ojciec zawodniczki Tomasz Świątek.

Rywalka Igi i finalistka Wimbledonu juniorek Leonie Kung nie kryła podziwu dla postawy Polki i nie ma wątpliwości, że może w przyszłości odnieść wielki sukces w seniorskim tourze.

Kiedy przełamałam ją w pierwszym secie na 5:5 zagrała świetne dwa returny. Grała naprawdę niesamowicie. Nie popełniała wielu błędów, grała agresywnie, pokazała swietne returny, serwis był często nie do odebrania. To na pewno najlepsza dziewczyna w juniorskim tourze. Po prostu próbowałam grać do końca zmienić moją grę, chciałam zmusić ją do mojej gry, ale było to niemożliwe. Ale jestem z siebie dumna, że doszłam aż do finału. To smutne, że przegrałam, ale ktoś musiał wygrać. Jestem bardzo zadowolona, że rozegrałam tutaj dużo dobrych meczów – opowiada Kung.

A teraz już oddajmy głos mistrzyni Wimbledonu juniorek – Idze Świątek. Fajnie to brzmi prawda?

Gdyby ktoś przed turniejem powiedział Ci, że zostaniesz mistrzynią Wimbledonu to co byś mu odpowiedziała?

Szczerze mówiąc z jednej strony podeszłabym do tego bardzo sceptycznie, ale z drugiej strony pomyślałabym, że już od dwóch lat jeżdżę na juniorskie turnieje wielkoszlemowe i że w końcu to może być ten moment żeby wygrać. Więc z jednej strony byłabym pewna siebie, ale z drugiej strony zastanawiałabym się, czy trawa to jest moja nawierzchnia i czy dam radę wygrać tak ogromny turniej na nawierzchni, której jeszcze nie do końca czuję.

To czego dokonałaś dzisiaj na korcie już do Ciebie doszło?

Nieee, jeszcze zupełnie nie (śmiech). Myślę, że najpierw muszę ochłonąć i jeszcze nie do końca czuję to, że wgrałam, ale chyba już jutro zacznę się tym cieszyć. To wspaniałe uczucie. To właśnie dlatego gram w tenisa. Żeby pozwolić innym się dobrze bawić i żeby była to dla nich fajna rozrywka. Moim celem jest właśnie dobra zabawa na korcie. Teraz przede wszystkim muszę odpocząć, ale pewnie nie będę mogła znowu zasnąć i to wszystko mnie później znowu uderzy.

To teraz wierzysz, że możesz dobrze grać na trawie?

O tak, to na pewno czuję się już na niej dużo pewniej (śmiech).

Krótko po finale rozmawiałem z twoją finałową rywalką. Powiedziała, że w całym juniorskim tourze nie mierzyła się z tak dobrą zawodniczką.

Cieszę się, że moje przeciwniczki w ten sposób o mnie mówią. Na pewno praca przyniosła efekty i szczerze mówią dużo czasu spędziliśmy z trenerami, żeby grać już jak dorosła zawodniczka. Cieszę się, że to przyniosło skutki. Teraz wydaje mi się, że w takim razie jestem chyba gotowa do grania w turniejach profesjonalnych.

Ty tak na korcie, jak i poza nim nigdy się nie poddajesz. Zawsze do wszystkiego podchodzisz bardzo pozytywnie. Myślisz, że to też pośrednio dzięki temu udało Ci się osiągnąć taki sukces?

Myślę, że tak. Po kontuzji zyskałam ogromną siłę mentalną i udało mi się ją dobrze wykorzystać podczas i po tym turnieju. Ale szczerze mówiąc to nie jest tak, że negatywne myśli się nie pojawiają. Po prostu sztuką jest je przezwyciężyć. Nad tym jeszcze cały czas pracuje i mam nadzieję, że doprowadzę to do perfekcji.

Mecz się skończył. Jesteś mistrzynią Wimbledonu. Usiadłaś na ławce w szatni, spojrzałaś w lustro i…?

Szczerze mówiąc właśnie akurat wtedy to zadzwoniłam do trenerki i spytałam się co się stało i o co właściwie chodzi (śmiech). Tak naprawdę to nie za bardzo ogarniałam co się dzieje. Ale to do mnie cały czas nie dochodzi. Pod koniec meczu to już się trzęsłam, byłam naprawdę zmęczona. Pewnie, że zacznę się z tego cieszyć, ale to pewnie po jakimś czasie.

Po spotkaniu rozmawiałem z całym twoim teamem i najbardziej urzekła mnie twoja przyjaciółka, która powiedziała, że po półfinale od razu zaczęła sprawdzać, kiedy jest najbliższy lot do Londynu. Rzuciła wszystko, by obserwować Cię w finale Wimbledonu.

Po to ma się prawdziwych przyjaciół. To jest świetne, czułam wsparcie wszystkich. To coś wielkiego, więc fajnie, że przyjechali. Ale też z drugiej strony nie dziwię się, bo fajnie jest pojechać i zobaczyć Londyn, a przy okazji popatrzeć na mój mecz, tak jak mój tata oglądał jak jego córka gra w Wimbledonie. Cieszę się, że przyjechali. Mam nadzieję, że jeszcze się dzisiaj zobaczymy, bo na razie nie było czasu.

Rozegrałaś tutaj sześć meczów. W tym oczywiście ten najważniejszy, o tytuł. Mówiąc czysto tenisowo: jesteś z niego zadowolona?

No tak, oczywiście. Wręcz powiedziałabym, że zrobiłam więcej niż myślałam, że zdołam. Myślałam, że ta presja mnie trochę przytłoczy i nie będę mogła pokazać swojego najlepszego tenisa. Ale na całe szczęście było odwrotnie i właściwie wszystkie swoje cele zrealizowałam.

Puchar za zwycięstwo już jest w twoich rękach…

No nie tak do końca, bo mi go zabrali! Miałam tylko chwilę, żeby się nim nacieszyć, ale mam nadzieję, że go odzyskam i dostanę go później (śmiech),

On będzie miał jakieś szczególne miejsce na półce z twoimi wszystkimi trofeami?

Hmmmm… Oj nie wiem…Szczerze mówiąc chyba postawię go w tym samym miejscu, żeby skoncentrować się już na kolejnych turniejach. Nie będę gwiazdorzyć, bo to bardzo niebezpieczna sprawa (śmiech).

Wciąż jesteś po prostu normalną, uśmiechniętą dziewczyną.

Myślę, że właśnie taki sposób bycia już po prostu mam. Ale z drugiej strony, jakbym zaczęła gwiazdorzyć to trenerka od razu by mnie przywołała do porządku. Tak samo tata i trener Piotr. Także pod tym względem mam nadzieję, że jestem bezpieczna.

Kiedyś twój trener powiedział, że czasami trzeba Cię nawet hamować. Prawda to?

Na pewno, ale dużo energii poświęcam na to, żeby cały czas być zmotywowana i wciąż chcieć nowych rzeczy. Wciąż chcę i nie mogę się już tego doczekać. Więc najczęściej faktycznie tak jest, że wszyscy dookoła mnie muszą mnie na pewno uspokajać.

Po raz kolejny serwis nie zawodzi, bo posłałaś jedną z piłek powyżej stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę!

Tak, to było super! Mam nadzieję, że na kolejnych turniejach będzie tak samo. Dużo pracowaliśmy nad nim, więc cieszę się, że go poprawiłam.

Za rok wrócisz na Wimbledon. Możliwe, że będziesz rywalizować w jednej drabince z Sereną Williams, Garbine Muguruzą (szeroki uśmiech Igi ? przyp. red.), czy twoimi koleżankami z kadry. Robi wrażenie?

Tak i nie mogę się doczekać. Do przyszłego roku jednak jeszcze dużo czasu, wiele się muszę nauczyć, ale mam nadzieję, że będę na to przygotowana!

Jak będzie wyglądała przyszłość Polki? Powiedzmy tylko tyle: wszystko w rękach i nogach samej Igi. My wierzymy, że w nadchodzących latach może osiągnąć coś wspaniałego. I za to trzymamy nieprzerwanie kciuki.

Z Londynu dla TenisNET: Piotr Dąbrowski