Godzina z tenisistą #2: Urszula Radwańska

Z jedną z najlepszych polskich tenisistek – Urszulą Radwańską – rozmawiamy o powrocie na kort, ciężkiej walce z kontuzjami i o tym, jak poradzić sobie z wyniszczającą organizm chorobą.

 

Rok 2016 dla Urszuli Radwańskiej był z pewnością rokiem kontuzji. Od lutowego turnieju w Acapulco pech Pani nie omijał. Staw skokowy, bark, plecy, a ostatnio mononukleoza. Trochę tego było…

Faktycznie to był dla mnie bardzo ciężki rok, ponieważ właśnie w lutym, gdzie grałam w Acapulco w II rundzie tak niefortunnie stanęłam, że skręciłam sobie staw skokowy, a także zerwałam oba więzadła. Przez to czekała mnie operacja w marcu. Później dosyć długa, trzymiesięczna rehabilitacja. Dla tenisistki trzy miesiące bez gry to strasznie długi okres. Gdy wróciłam do siebie, to było już lepiej. Przebłyski wysokiej formy i dobrej gry po przerwie. Następnie w okolicach US Open znowu zaczęłam się słabiej czuć, ale nikt nie miał pojęcia co mi dolega. Na pewno diagnozy nie ułatwiały dosyć dziwne objawy. Myślałam na początku, że to po prostu zwykłe przeziębienie, źle się czułam, byłam osłabiona. Na początku myślałam, że to zmiana strefy czasowej, bardzo intensywny okres treningowy, czy naprawdę duży stres meczowy. Najgorsze, że okres dziwnego zmęczenia utrzymywał się niemalże cały czas. Mimo, że odpoczywałam zawsze parę dni pomiędzy turniejami, to i tak czułam się zmęczona. Ostatecznie ograniczyliśmy treningi do minimum, bo widać było, że to mnie kosztuje dużo wysiłku. Mimo wszystko i tak nie grałam na takim poziomie, na jakim chciałam. Później poleciałam na dwa turnieje ? do Tokio i do Seulu. W Seulu czułam się już tak źle, że nawet nie byłam w stanie dokończyć meczu. Po przegranym pierwszym secie w eliminacjach zeszłam z kortu, musiałam skreczować. Wtedy powiedziałam do Radka [Radosław Nijaki jest trenerem Urszuli Radwańskiej ? przyp. red.], że nie jestem już w stanie grać, bo czuję się bardzo zmęczona. Radek także widział, co się ze mną dzieje i stwierdziliśmy, że wrócimy do Polski i zrobimy szczegółowe badania. Widziałam się z lekarzem, zlecił mi przeróżne badania i właśnie wtedy wyszło, że miałam mononukleozę. Wyniki wskazywały jednak, że przebyłam ją stosunkowo niedawno. Dopiero później pojawiły się objawy regeneracji, czyli mój organizm przezwyciężył wirus, mimo zmęczenia. To niestety taki wirus na który nie ma lekarstwa. Tą chorobę trzeba przeleżeć, dużo spać i odpoczywać. Absolutnie nie można wykonywać żadnego aktywnego wysiłku fizycznego. A ja cały czas grałam i trenowałam, więc przez to jeszcze bardziej osłabiałam swój organizm. Na ten moment cały czas dochodzę do siebie, wciąż buduję wysoką formę. Cieszę się, że po tych ostatnich ciężkich miesiącach wszystko, co najgorsze już jest za mną. Wyniki wskazują, że już mononukleozę pokonałam.

W minionym sezonie obok problemów zdrowotnych udało się Pani osiągnąć kilka wartościowych wyników – zwycięstwo w Stanford z Kateriną Bondarenko i dobre spotkanie przeciwko Dominice Cibulkovej. Czego nauczył Panią mijający rok?

Przez moje problemy ze zdrowiem było bardzo wiele momentów, gdzie byłam niesamowicie sfrustrowana, bo chciałam więcej grać, ciężej trenować, a nie mogłam. Jak powróciłam do treningów po operacji, to nawet po 3 miesiącach tkanki nie były jeszcze gotowe, miałam kolejne zapalenie ścięgna stopy, więc znowu musiałam parę dni odpoczywać. Mimo, że to był dla mnie bardzo pechowy rok, to mam nadzieję, że wykorzystałam już limit kontuzji do końca życia! (śmiech). Mam nadzieję, że teraz będzie coraz lepiej, wszystko wyleczyłam, staw skokowy jest już całkowicie sprawny. Faktycznie, jeżeli chodzi o zakończony sezon, to jestem zadowolona tylko z jednego turnieju ? właśnie w Stanford. Wygrałam tam z Bondarenko, po dobrym spotkaniu przegrałam z Cibulkovą. To był taki okres, gdzie spokojnie przez miesiąc trenowałam, więc było widać, że wracam do optymalnej dyspozycji. Ale wiadomo, że powrót po kontuzjach i różnych perypetiach nie należy do najłatwiejszych. Żeby znowu wskoczyć na wysoki poziom to trzeba poświęcić odpowiednią ilość czasu na powrót. Jeśli nie grałam trzy miesiące, to kolejne trzy należy spędzić na ostrym treningu. Wróciłam, ale przyplątało się zapalenie ścięgna w stopie. To mnie ponownie zahamowało, znowu musiałam wziąć parę dni przerwy przed US Open, które zagrałam troszeczkę z marszu. W Nowym Jorku wciąż się słabo czułam przez mononukleozę. To było strasznie denerwujące. Głowa bardzo chce wygrywać, rozgrywać mecze, rywalizować, a ciało odmawiało posłuszeństwa. Starałam się jak mogłam i na pewno dużo pomogła mi rodzina, przyjaciele, trener, mój cały team. Bardzo mnie wspierali. Widzieli, że męczę się ze swoim zdrowiem. Cały czas walczę, cały czas chcę. Trenowałam tyle, ile mogłam. Nie poddawałam się mimo tego, że ludzie zarzucali mi, że cały czas odpoczywam. Nie ukrywam, że było mi troszeczkę przykro z tego powodu. Co prawda kibice nie znali powodu, a ja też o tym wcześniej nie informowałam. Ale wiadomo, że to jest coś, o czym się nie mówi otwarcie. To jest choroba, którą chciałam po prostu przebyć i myślałam, że nikt się o tym nie dowie i sama sobie z tym poradzę. Uznałam, że lepiej będzie powiedzieć moim fanom prawdę, aby zobaczyli, jak to wygląda w rzeczywistości. Dużo osób myślało o moich występach, jak o wakacjach, że od czasu do czasu polecę sobie na jakiś turniej i się poopalam, czy też, że nie mam ambicji. To zupełnie nie jest prawda. Moim marzeniem dalej jest bycie w dziesiątce rankingu WTA. To mój cel na sezon 2017. I mimo tego, że poprzedni rok był ciężki, to ten cel dalej mam i wierzę, że jestem w stanie go zrealizować.

Jak odnajdywała Pani siłę, by mimo wielu w ostatnim czasie niepowodzeń i kontuzji cały czas przeć do przodu?

Na pewno biorąc pod uwagę moje perypetie zdrowotne nie było to łatwe. Ale w takich momentach potrzebne jest wsparcie całego teamu, rodziny. Wiadomo, że sportowcy są silni, ale każdy potrzebuje osoby bliższej, która w tych najcięższych momentach nas wesprze. To na pewno mi pomogło. Nigdy jednak nie narzekałam na brak motywacji, zawsze miałam bardzo duże ambicje, a kontuzje zawsze mnie troszeczkę hamowały. Uwielbiam grać w tenisa, to jest całe moje życie. Jeszcze nie czuję się spełniona i na pewno wciąż nie zdobyłam tego, co chciałam. Dopóki tego nie osiągnę, to będę walczyć, aby tego dokonać. Wiem, że za jakiś czas zapomnę o ubiegłym roku, było minęło. Nawet jak już byłam po operacji, to i tak codziennie się rehabilitowałam. Miałam trzy tygodnie nogę w gipsie, a mimo tego się nie poddawałam i pracowałam nad górnymi partiami. W praktyce były to wszystkie partie z odciążeniem nogi, więc cały czas byłam w treningu. Nie było tak, że siedziałam po prostu w łóżku i czekałam trzy miesiące aż się tam wszystko zagoi, bo chyba bym zwariowała (śmiech).

Pani trener powiedział mi kiedyś, że w Pani przypadku warto najpierw wykonać jeden krok w tył, by później zrobić dwa krok wprzód. Całkowity powrót do zdrowia, a następnie skok w rankingu?

Na pewno pod tym względem nie było łatwo. Kiedy ja odpoczywałam i regenerowałam się po przebytej chorobie i operacji przez trzy miesiące (marzec-maj ? przyp. Red. ), a w telewizji oglądałam inne dziewczyny grające o punkty. To zawsze są bardzo przykre momenty. Ale zawsze miałam z tyłu głowy, że trudno, tak musiało być. Kontuzje są wpisane w karierę sportowca. Jedni mają ich mniej, inni więcej. Ja niestety należę do tej drugiej grupy. Ale przez to, że nie jest to moja pierwsza kontuzja, to przynajmniej znam drogę powrotu do pełnej sprawności. Nie wolno zbyt wiele od siebie oczekiwać. Wiadomo, że po długiej przerwie potrzeba sporo czasu, żeby wrócić do formy. Inaczej też gra się podczas treningu, a zupełnie inaczej podczas meczu na tourze. Dopóki nie rozegra się kilku turniejów to nie ma też bardzo potrzebnego w tenisie ogrania. Z właściwego rytmu wypada się bardzo szybko.

Po tygodniach spędzonych na siłowni i rehabilitacji czuje Pani, że w obecnej formie będzie walczyć o powrót do pięćdziesiątki?

Oczywiście , ale ja mam akurat taką budowę, że nigdy nie będę wyglądała jak Serena, co zresztą widać (śmiech). Z moimi trenerami stwierdziliśmy, że bez sensu na siłę budować masę mięśniową, bo to zabiłoby moją szybkość. Coś za coś. Wiadomo, jeśli byłabym teraz potężnie zbudowana to ta szybkość by mi uciekła. Wszystko trzeba więc zawsze dokładnie przemyśleć, bo sama siła, czy przybranie masy nie gwarantuje tego, że nagle wskoczę do pięćdziesiątki. Jest mnóstwo dziewczyn, które są ogromne, grają tylko siłowo, a zarazem troszeczkę bezmyślnie, bo uderzają z całej siły, a i tak są daleko. Ja nigdy nie będę zawodniczką atletyczną, więc my skupiamy się na szybkości i dynamice. W rzeczywistości potrzeba wszystkiego po trochu. To też nie jest tak, że ja nie mam siły (śmiech). Może tak to wygląda z boku, bo jestem szczupła. Ale wszystko bierze się też z techniki i wypracowanej szybkości, czy przez to, że jestem lekka – bardzo dobrej dynamice. Każdy z nas będzie potrzebował czegoś innego i to też zadanie trenerów wydobyć z zawodnika wszystko to, co ma najlepszego. Na tym polega rola trenera, aby ocenił jakie dany tenisista ma predyspozycje, a następnie by przygotował cały program treningowy ustawiony właśnie pod swojego zawodnika.

Wspomniała Pani o trenerach. W ostatnim czasie przewinęło ich się całkiem sporo. Polacy Maciej Synówka i Maciej Domka, Martin Fassati , a teraz Radosław Nijaki. Jak zmienił się Pani tenis pod okiem Radka i przy których elementach czuje się Pani mocniejsza?

Akurat Radek miał bardzo ciężkie zadanie (śmiech). Cały czas praktycznie miałam kontuzje, choroby, więc biedny Radek nie mógł się zupełnie wykazać swoją wiedzą(śmiech). Ciężko było nawet zlepić dwa tygodnie, gdzie moglibyśmy na sto procent potrenować. Przez moje kłopoty ze zdrowiem nie byliśmy w stanie pracować tyle, ile chcieliśmy. Ale jestem z Radka jak najbardziej zadowolona i będę z nim kontynuować treningi w 2017 roku. Troszkę się śmieję z tego, że to Radek przyniósł mi tego pecha, bo odkąd z nim trenuję, to prześladują mnie kontuzje (śmiech). Wiadomo, że to w formie żartu, bo widzę, że ma ogromną wiedzę. Sam też kiedyś grał w tenisa, więc ma też tak potrzebne doświadczenie. Dzięki temu może się też wczuwać w rolę zawodnika. Wie co czuję po przegranym meczu, czy też jak reagować na pewne moje zachowania w trakcie spotkania. Na pewno jest bardzo cierpliwy, co bardzo w nim cenię. Oboje wierzymy, że jesteśmy razem w stanie osiągnąć pierwszą pięćdziesiątkę. Bardzo pomaga mi jego zaangażowanie i wiara we wszystko co robimy. On wierzy, że jeżeli będę w pełni zdrowa, będę cierpliwie trenować, to na pewno znajdę się tam, gdzie chcę być. Na pewno duże rezerwy mam w serwisie, bardzo dużo nad nim razem z Radkiem pracowaliśmy. Żeby ruszyć do przodu i dobić się do pierwszej pięćdziesiątki, to wiadomo, że tak naprawdę muszę poprawić każdy element gry. Każde uderzenie, aspekty mentalne. Co do serwisu to skupiamy się nad nim także z powodów przebytych przeze mnie kontuzji: kręgosłupa, czy barku. To nie jest takie proste. Zawsze po każdej operacji zostaje pewien lęk, żeby ta kontuzja się nie odnowiła. Staw też nie będzie tak elastyczny, jak przed operacją. Z tego powodu mam też pewne ograniczenia, nie jestem aż tak elastyczna, jak byłam przed operacją. Tkanki zostały naruszone i potrzeba dużo czasu, aż powrócą do pełnej sprawności. A mówi się, że nigdy nie będzie to taka sama sprawność, jak wcześniej, zostaje taka lekka sztywność.

Teraz chciałbym przejść do Pani odżywiania i diety bezglutenowej. Jak pogodzić takie odżywianie z wymaganiami stojącymi przed zawodowym sportowcem?

Szczerze mówiąc musiałam zacząć unikać glutenu ponieważ miałam z tego powodu wiele różnego rodzaju problemów zdrowotnych. Byłam więc do tego zmuszona. Teraz coraz częściej wprowadzam do swojego menu produkty z glutenem. Już nie przestrzegam tej diety tak restrykcyjnie. Widzę, że te wcześniejsze problemy z tolerancją glutenu już minęły. Nie jest już tak, że się źle czuję, czy odczuwam spadek energii po zjedzeniu glutenu. Wiadomo, że nie można też popadać w skrajność, nie jeść tego, czy tamtego. Wszędzie trzeba znaleźć równowagę, granice i zachować zdrowy rozsądek. Oczywiście ja odżywiam się bardzo zdrowo, od wieków nie byłam na przykład w McDonald’s (śmiech). Ale też nie chcę dać się zwariować i od czasu do czasu spróbuję kawałek dobrego ciasta żeby po prostu nie ześwirować (śmiech). Zawsze musi być granica, oddzielenie przyjemności od ciężkiej pracy. W czasie treningów trzymam się diety, bo to jak wiadomo jedna z podstaw bycia profesjonalnym sportowcem.

Czy okres off-season pozwolił Pani po ciężkim, przeplatanym kontuzjami, roku odpocząć?

Tak jest. Byłam na krótkich wakacjach na Cyprze, co na pewno bardzo mi pomogło. Zregenerowałam się. Piękna pogoda, plaża, można w końcu zapomnieć o całym świecie. Ten okres odpoczynku bardzo dużo mi dał i odżyłam, bo jak powróciłam do Polski po Seulu, to nie trenowałam. Chodziłam od jednego lekarza do drugiego, zrobiłam wszystkie badania. Tak naprawdę nie miałam wcześniej tego odpoczynku, chwili dla siebie. Byłam strasznie sfrustrowana, że cały czas nie podano ostatecznej diagnozy, nie wiedzieliśmy też, co mi dolegało. Źle się czułam, byłam osłabiona, a cały czas nie wiedziałam co to za choroba. To bardziej było zmęczenie psychiczne, niż fizyczne. Chciałam trenować, a nie byłam w stanie. Ale zaraz przed wylotem na wakacje okazało się, że to mononukleoza. Wtedy odetchnęłam z ulgą.

Z uwagi na to, że Pani obecny ranking nie będzie pozwalał na uczestnictwo w turniejach wysokiej rangi, to jak te najbliższe starty będą wyglądały?

Jeszcze nie mamy z Radkiem sprecyzowanych planów, jeżeli chodzi o kalendarz startów. Sezon rozpocznę 13 lutego w Arizonie. Mój ranking jest teraz daleki. Nie będę startowała w tych największych turniejach. Wiadomo, że muszę z powrotem odbudować ranking, narzucić sobie reżim startowy i rozegrać dużo meczów. Dzięki temu będę ograna i po pewnym czasie wrócę do tych większych zawodów. Bardzo długo nie grałam i nie rozgrywałam meczów. To na pewno nie jest łatwe, ale wierzę w siebie i swoje umiejętności.

Jakie cele stawia przed sobą Urszula Radwańska w 2017 roku?

Na początku na pewno nie będzie łatwo. Wiadomo, że jeżeli ktoś już był w pięćdziesiątce rankingu WTA i nagle schodzi do poziomu zawodów rangi ITF to czuje, że się cofa w tył. To jest bardzo frustrujące, że tą kiedyś już przebytą drogę trzeba przechodzić od nowa. Potem jedzie się na turniej, który jest troszeczkę gorzej zorganizowany, przychodzi mniej kibiców, jest zupełnie inna otoczka. Czasem nie ma więc aż takiej motywacji, co na tych większych turniejach. Start w pięćdziesiątkach, czy dwudziestkach piątkach to przy takim rankingu jednak normalne i będę musiała zrobić krok do tyłu, cofnąć się, zacząć od tych małych zawodów, by później postawić dwa do przodu. Mam nadzieję, że jak najszybciej odbuduję ten ranking i wrócę do imprez WTA i Szlemów.

ITF charakteryzują się tym, że to imprezy z niewielkimi nagrodami i małą ilością punktów. Dopuszcza Pani taką myśl, że kilka mikro cykli po 2-3 turnieje może nie wystarczyć i droga do imprez WTA potrwa trochę dłużej?

Raczej nie. To z pewnością taki okres przejściowy. Wiem, że muszę grać mniejsze turnieje z powodu spadku w rankingu, ale wiem, że to jest chwilowe. Za chwilę wrócę do turniejów WTA i Wielkich Szlemów. To nie jest łatwe, czasem na pewno ciężko z motywacją, ale będąc na takim turnieju też nie można myśleć, że to mały turniej. Wiadomo, że takie turnieje są potrzebne, aby rozegrać jak najwięcej meczów, rozegrać się, poczuć atmosferę turniejową. Dla mnie będzie to świetne rozwiązanie. Zwłaszcza po tak długiej przerwie, jaką teraz miałam. Na pewno na początku ITF-y na początku mi bardzo pomogą.

Rozmawiał: Piotr Dąbrowski