Forhend krok po kroku. Krok pierwszy – wprowadzenie.

Po co? Po co wprowadzenie do uderzenia, które „gra się samo”, jak głosi powszechny stereotyp? Bo nie ma podobno uderzenia prostszego. Nie ma uderzenia bardziej naturalnego. No po prostu nic tylko wyjść na kort i młócić z forhendu!

I tak, i nie. Z jednej strony, rzeczywiście forhend zdaje się być uderzeniem bardziej naturalnym od bekhendu, jeżeli porównywać dwa uderzenia, od których rozpoczynamy zazwyczaj tenisową przygodę i których de facto w meczu używamy najczęściej. I rzeczywiście wielu adeptów stosunkowo łatwo forhend sobie przyswaja, a z bekhendem potrafią mieć problem. Dotyczy to spostrzeżenie zwłaszcza samouków.

Nie to, rzecz jasna, żeby każdy początkujący pod okiem instruktora władał od razu równie swobodnie obydwoma uderzeniami, ale stosowane obecnie sposoby nauczania bekhendu potrafią najczęściej skutecznie zlikwidować te dysproporcje.

Nawet jednak gdyby założyć, że forhend opanowujemy znacznie szybciej, łatwiej i przyjemniej, nadal nie jest to powód, by traktować to uderzenie po macoszemu w planach szkoleniowych. Bo prawdą jest, że podczas treningu należy zwracać baczną uwagę na swoje słabe strony tak, by później w meczu dawać jak najmniej okazji sprytnemu przeciwnikowi do ich odkrycia i niecnego wykorzystania. Prawdą wszakże też jest, że dbać pieczołowicie należy i o swoje atuty tak, żeby korzystać z nich z absolutnym zaufaniem i demolującą skutecznością. Żeby mieć bazę do własnej taktyki. Żeby mieć punkt podparcia do osobistego komfortu psychicznego. Pewnie, znacznie łatwiej o ogrywanie silnych stron. Te przecież gra się znacznie chętniej. Nie oznacza to jednak, że nie da się lepiej, efektywniej. Że nie warto przeanalizować swojego uderzenia, choćby najlepszego na świecie. Krok po kroku. I tylko i wyłącznie na treningu, bo w meczu musi już działać automat, odruch, podświadomość.

Krok po kroku. Począwszy od chwytu, który tylko pozornie jest sprawą banalną. Potrafi bowiem sprawić problemy całkiem zaawansowanym graczom, zwłaszcza jeżeli niedopasowany do innych aspektów uderzenia, jak praca tułowia i nóg. Te z kolei można uznać niemal za kluczowe elementy. A i innych elementów nie brakuje. Prowadzenie rakiety, wykończenie uderzenia nadgarstkiem, moment uderzenia czy jak kto woli, z angielskiego, timing. Mało który z elementów przynosi jedyną słuszną receptę, więc nie będę mądrzyć się tu jakimś szczególnie mentorskim tonem. Tym bardziej, że sam nie uważam swojego forhendu za technicznie bez zarzutu. Dlatego staram się go analizować, poprawiać. Wydaje mi się, że z niezłym skutkiem. O szczegółach tego progresu pisał będę przy okazji analizy kolejnych kroków.

Jaki więc jest cel tego cyklu? Tego i jemu podobnych, z których wolej już przerobiliśmy (co oczywiście jest tylko wstępem do właściwej i niekończącej się pracy nad uderzeniem), a pozostałe czekają w kolejce? Ano cel jest taki, żeby zachęcić Cię do wspólnego analizowania, razem ze mną. A może nawet niekoniecznie analizowania, może wręcz nauczania od podstaw, jeżeli dopiero startujesz. Absolutnie nie jest to powód do rezygnacji z lektury. Mam bowiem nadzieję i postanowienie tak prowadzić swe rozważania, by skorzystali na tym i tenisiści początkujący, i ci średnio- a może i też nieco bardziej niż średniozaawansowani.

A może nie warto rozbierać na czynniki pierwsze czegoś, co działa? Może lepsze jest wrogiem dobrego? Tym bardziej, że przecież i owa potencjalna lepszość też bywa dyskusyjna, a eksperymenty treningowe z poszczególnymi elementami nie zawsze muszą prowadzić do skuteczniejszego uderzenia. Trudno jednoznacznie ocenić. Ja nie mam problemów z eksperymentowaniem, analizowaniem. Względnie łatwo i bezboleśnie mogę wrócić do własnego tenisa, gdy tylko uznam, że to co nowe to absolutnie nie moje. Ale niezależnie od wyników eksperymentów postrzegam siebie jako tenisistę bogatszego. O nowe doświadczenia, nowy arsenał… nowe rozwiązania, które w każdej chwili warto mieć w zanadrzu, bo mogą się przydać. Nawet jeżeli nie stanowią rdzenia mojego tenisa.

Na korcie bowiem zdarzają się przeróżne cuda. Niewygodny styl gry przeciwnika, niesprzyjająca pogoda, uraz ? I wiele innych. Im bogatszy tenis będziesz mieć do dyspozycji, tym łatwiej dostosujesz się do nietypowych dla siebie sytuacji. Tenis bogatszy w każdym, nawet najbardziej oczywistym aspekcie. A choćby i takim jak uderzenie z forhendu i jego składowe.
Krok po kroku. Drugi krok dla forhendu już niebawem.

Zapraszam na http://tenisowy.bloog.pl, ostatnie tematy:
Wyposażenie tenisisty – buty
Postawa zwycięzcy