Boom Boom… Roddick?
Jako młodzik niski i niepozorny. Obecnie pokaźnej wielkości niedźwiedź. I nie mam tu na myśli tylko fizjonomii, lecz również agresję i bezkompromisowość z jaką Roddick porusza się po korcie i wykonuje uderzenia. Jedni to uwielbiają, inni wręcz przeciwnie. Tych pierwszych jednak powinna ucieszyć wiadomość, że Amerykanin powraca do swojej dawnej, dobrej dyspozycji.
W 2000 roku zaczął swoją zawodową karierę i już rok później został ogłoszony nadzieją amerykańskiego tenisa. To na nim ciążyła odpowiedzialność za “zastąpienie” Samprasa i Agassiego po zakończeniu ich zawodowych karier. Sampras najwyraźniej uwierzył w młodego Roddicka bo już rok później zniknął z kortów. Agassi jeszcze trochę z tym zwlekał, jakby nie do końca doceniając potencjał “młodego”. Jednak w 2002 roku Andre rozstał się ze swoim trenerem, Bradem Gilbertem, z którym współpracował przez 8 lat, wygrywając w tym czasie 6 turniejów Wielkiego Szlema. Była to najbardziej owocna współpraca w historii ery Open. Kunszt trenerski Gilberta został potwierdzony bardzo szybko, bo rok później, w wieku 21 lat Roddick zdobył swój pierwszy tytuł wielkoszlemowy na kortach US Open. W finale bardzo pewnie pokonał Juana Carlosa Ferrero 6:3 7:6 6:3. Koniec roku zakończył na pozycji numeru 1, wyprzedzając Rogera Federera i J.C. Ferrero. Gilbert pomógł Roddickowi nie tylko odnaleźć się przy siatce, czy usprawnić dziurawy do tej pory backhand, lecz również uaktywnił jego naturalność. Drobna kosmetyka przy serwisie dodała ekstra rotacji w biodrach, przez co serwis Amerykanina jeszcze zyskał na mocy. W 2004 roku, podczas Pucharu Davisa, gdzie USA w półfinale spotkało się z Białorusią, Roddick odpalił rakietę o prędkości 155mph, co w przeliczeniu na kilometry daje 249,4 km/h. Pomimo tego, że Białorusin Vladimir Voltchkov był przy piłce, była ona absolutnie nie do przebicia. Jest to obecny rekord prędkości serwisu. Roddick jest założycielem klubu “150″ i jednocześnie… jego jedynym członkiem. Jedynie Rusedski zbliżył się do magicznej granicy 150mph. W 1998 roku podczas turnieju w Indian Wells posłał piłkę na drugą stronę siatki ze “stempelkiem” 149mph.
Rok 2004 nie był już tak udany jak rok poprzedni. Roddick co prawda zakończył go na drugiej pozycji w rankingu, ustępując tylko Szwajcarowi Rogerowi Federerowi. Jednak okazji do radości powinno być znacznie więcej. Przede wszystkim Roddick zagrał fantastyczny mecz z Federerem w finale Wimbledonu i był o krok od wygranej. Zabrakło determinacji i konsekwencji, i w rezultacie po wygraniu pierwszego seta 6:4 Roddick uległ Szwajcarowi w 4 setach. Przegrał z nim również dwa inne mecze. Finał w Montrealu i finał w Bangkoku, gdzie przegrał seta do zera. To zapoczątkowało kompleks Federera. Nie obronił również tytułu w US Open. Przegrał pięciosetówkę w ćwierćfinale z gigantem ze Szwecji Joachimem Johanssonem. Powolne wejście na szczyt zaowocowało jednak w dosyć szybki spadek. Nie tracił na tym tylko serwis. Jedynka w rankingu asów, z liczbą 1017 podań bez odpowiedzi na pewno zasługuje na podziw.
Pod koniec roku Roddick rozstał się z Bradem Gilbertem po 18 miesiącach współpracy. W jego miejsce wskoczył Dean Goldfine. Asystent trenera reprezentacji USA w Pucharze Davisa. Decyzja wywołała sporo szumu, gdyż w grę wchodził również były szkoleniowiec Samprasa Paul Annacone. Dla mediów wybór był jasny. Roddick był przekorny, za co szybko przyszło mu zapłacić. Pierwsze echo niepowodzeń przyszło podczas turnieju na kortach ziemnych w Rzymie. W 1/16 na swojej drodze spotkał Fernando Verdasco, z którym rozegrał bardzo dobre spotkanie uwieńczone piłką meczową przy serwisie Hiszpana. Drugi serwis Latynosa pofrunął w aut dając zwycięstwo Roddickowi. Tak przynajmniej orzekł sędzia liniowy, którego szybko skorygował… sam Roddick. Serwis powtórzono i Verdasco wygrał swoje podanie. Tak się jednak rozpędził, że wygrał nie tylko drugiego seta, ale i cały mecz. Po tym spotkaniu w mediach zaszumiało od sloganów w stylu: “Roddick wybrał sportową postawę zamiast zwycięstwa”. Amerykanin skomentował to wszystko stwierdzeniem, że Verdasco i tak by reklamował tą decyzję zmuszając sędziego głównego do zejścia ze stołka i sprawdzenia śladu. Jego zdaniem decyzja sędziego byłaby taka sama, więc on tylko oszczędził mu “spaceru”. We French Open szybko pożegnał się z turniejem przegrywając w drugiej rundzie z nierozstawionym Argentyńczykiem Jose Acasuso. W Wimbledonie ponownie wylądował w finale, gdzie tak samo jak przed rokiem uległ Federerowi. Tym razem jednak gładko, w trzech setach. Podczas finału można było u niego zaobserwować pierwsze oznaki frustracji, zniecierpliwienia i bezradności. Serwis też już nie powalał. Rekordowa prędkość podczas meczu to “tylko” 137mph. Jak na standardy Roddicka to ledwo trzeci bieg.
Jeszcze większym rozczarowaniem było odpadnięcie w pierwszej rundzie US Open. Nie zdarzyło się to Roddickowi od 2000 roku. Pogromcą Amerykanina był mało znany szerszej publiczności, Luksemburczyk Gilles Muller. Zagrawszy mecz życia szybko poległ w kolejnej rundzie z innym Amerykaninem, Robbym Gineprim.
Rok zakończony na pozycji numeru 3 nie był największym koszmarem jaki mógł się przytrafić Roddickowi, ale jego gra przeszła ogromną przemianę. Niestety negatywną. Zrobił się wolniejszy, mniej agresywny w uderzeniach i zdecydowanie spasował z serwisem. Być może powodem były ciągłe problemy z plecami, lub program szkoleniowy Goldfine’a. Tutaj można się tylko domyślać. Fani na całym świecie coraz mocniej musieli zaciskać kciuki. Na niewiele się do jednak zdało, bo na początku roku 2006, podczas trwania Australian Open Roddick uległ w 1/16 Marcosowi Baghdatisowi. Był to wyraźny znak, że potrzeba kilku zmian. Częściowo rozwiązał kontrakt z Goldfinem i zatrudnił drugiego trenera. Własnego brata Johna. To również nie przyniosło większego skutku. Roddick grał coraz gorzej raz po raz przegrywając ważne mecze. Najbardziej dotkliwa z nich to przegrana z Blakiem w półfinale Queens Clubu, który Roddick wygrywał 3 lata z rzędu. Pomimo tego wraz z Hewittem wystartował z pozycji faworyta do zdetronizowania Federera na kortach Wimbledonu. Skończyło się przedwcześnie, na 3 rundzie. Na drodze stanął Andy Murray. Na US Open udał się już z nowym trenerem, Jimmym Connorsem. Najwyraźniej sama jego obecność pomogła Roddickowi, bo w końcu przełamał złą passę na nowojorskich kortach. Doszedł do finału, urwał seta Federerowi i zagrał bardzo przyzwoite spotkanie. Niestety w turnieju Masters zaliczył kolejną wpadkę. Po wygraniu pierwszego seta ze Szwajcarem w fazie grupowej, podczas tiebreaka drugiego seta na jego koncie zabłysły 3 piłki meczowe. Dwie Szwajcar obronił serwisem, a przy trzeciej Roddick miał łatwego smecza. Na jego nieszczęście górę wzięła jego rozrywkowa natura i chciał zakończyć mecz slum dunkiem a’la Pete Sampras. Potwornie przestrzelił, przegrał seta i w konsekwencji cały mecz, bo trzecia odsłona rozgrywała się już pod dyktando numeru 1. Rok zakończył na 6 pozycji. Jak sam później powiedział w tym okresie przeżywał poważny kryzys na tle psychologicznym. Stracił wiarę we własne umiejętności i wolę walki. To wszystko Connors starał się odbudować.
Rok 2007 zaczął się bardzo dobrze, bo Amerykanin w końcu dobrał się do skóry Federera. Niestety było to podczas turnieju pokazowego Kooyong Classic. Po tej wygranej w wywiadzie dla mediów Roddick powiedział: “wydaje mi się, że zbliżam się do Rogera”. Najwyraźniej bardzo podrażniło to Federera, który dał Amerykaninowi bardzo srogą lekcję podczas półfinału AO. Po półtorej godziny od momentu wejścia na kort Andy musiał go opuszczać ze spuszczoną głową. Przegrał 6:4 6:0 6:2, ugrywając w drugim secie tylko 6 (!!!) punktów. Na pomeczowej konferencji prasowej Roddick był wyraźnie przybity. Żartował jak zawsze, lecz tym razem był to raczej czarny humor. Długo nie mógł się pozbierać po tej porażce. Dopiero czwarte zwycięstwo w Queens Clubie trochę dodało mu skrzydeł. Na Wimbledonie, zdaniem ekspertów odpadł ponownie przedwcześnie, przegrywając z ćwierćfinale z Richardem Gasquetem w pięciu setach.
Gdy przyszedł czas US Open tylko najwierniejsi fani Amerykanina wierzyli w jego sukces. W półfinale czekał na niego Federer. Wielu węszyło powtórkę z Australii. Tymczasem Roddick zagrał jak za starych, dobrych czasów. Serwował mocno, grał bardzo agresywnie. Często zmuszał Federera nie tylko do obrony, ale i do grania na 100% swoich możliwości. Takich zagrań, do jakich zmuszał Federera Roddick nie obserwowaliśmy od bardzo dawna. Gdyby nie fenomenalna wręcz dyspozycja Szwajcara to wynik mógłby być sprawą otwartą. Był to zdecydowanie najlepszy mecz Federera w roku.
Turniej Masters był już mniej udany. Pomimo dobrej dyspozycji Roddick najpierw przegrywa gładko z Federerem w fazie grupowej, a w półfinale jeszcze szybciej odprawia go David Ferrer ( 6:1 6:3 ). Podczas meczów widać praktycznie pełne podporządkowanie zamysłom taktycznym Connorsa. Mecze z Gonzalezem i Davydenko zagrane koncertowo, w swoim stylu. Na Federera wybrana dziwna taktyka “na przetrzymanie”, a podczas meczu z Ferrerem totalne zagubienie. Rok zakończył ponownie na 6 pozycji.
Gdy w trakcie Australian Open 2008 Roddick przegrał w trzeciej rundzie z mało znanym Philippem Kohlschreiberem nic nie zapowiadało rychłej poprawy. Chwilę później jednak był już triumfatorem turnieju w San Jose, gładko pokonując dobrze dysponowanego Radka Stepanka. Do turnieju w Dubaju przystąpił więc w dobrym humorze. Obsada była jednak bardzo mocna. Roddick z pewnością nie był największym faworytem. Musiał się jednak bardzo ucieszyć, gdy jego najgroźniejszy rywal, który wygrał z nim 15 z 16 meczy, Roger Federer jedzie do domu już po pierwszym dniu. Na drodze jednak mógł napotkać takie nazwiska jak Nadal, czy światowa trójka Novak Djokovic. I tak też się stało. Półfinał z Nadalem nie był jednak tak zacięty, jak wielu przewidywało. Zaskakiwała przede wszystkim dyspozycja serwisowa Roddicka. Od dawna nie przekraczał 140mph, a podczas meczu trzymał średnią pierwszego podania na poziomie 145mph ( 235km/h ). Jakby tego było mało na koniec meczu potwierdził, że jest członkiem klubu “150″ i zaprezentował publiczności asa o prędkości 151mph! Światowa dwójka poległa w dwóch setach. W półfinale jednak czekał już Novak Djokovic. I on nie poradził sobie z atomowym serwisem Roddicka. Nie przełamał go ani razu i przegrał mecz również w dwóch setach. Finał miał być formalnością, bo na horyzoncie czekał numer 42 na świecie, Feliciano Lopez. Zaskakująco Roddick przegrał pierwszego seta, ale dopiero w tiebreaku, nie oddając rywalowi własnego podania. Ponownie zaznaczył swoją pozycję numeru 1 wśród serwisowych gigantów serwując piłkę o prędkości 150mph ( 240km/h ). Lopez długo nie wytrzymał takiego tempa przegrywając dwa kolejne sety w stosunku 6:4 6:2.
Jaki jest sekret tak dobrej postawy Roddicka? Przed turniejem w Dubaju Amerykanin rozstał się ze swoim trenerem Jimmym Connorsem i do imprezy przystąpił bez szkoleniowca. Nie był obciążony taktycznymi założeniami i mógł grać to, co potrafi najlepiej. Connors zrobił wiele dla Roddicka na tle psychologicznego podejścia do meczy, ale zbytnio starał się zrobić z niego kopię Federera. W jego wypadku nie sprawdza się zasada wyższości precyzji nad siłą. Jeżeli ktoś dysponuje tak piekielnymi zagraniami, z którymi tylko jeden człowiek na ziemi potrafi sobie poradzić, to czemu to zmieniać? Tylko po to, aby dobrać się do skóry tego jednego? Jak widać problemy Federera nie nazywają się Andy Roddick, więc takie założenie z góry skazane było na porażkę. Connors nie popełnił jako takiego błędu szkoleniowego. To wybitny fachowiec, który się zwyczajnie pomylił. Wielu zarzuca Roddickowi kanciastość, rwanie uderzeń, uboga gama uderzeń. To wszystko prawda, ale z drugiej strony kto w historii tenisa dysponował tak dewastującym podaniem? Być może jest to jedyne dobre zagrania Roddicka, ale jest ono absolutnie na kosmicznym poziomie. I to też starał się wyeksponować Gilbert. Jedna z jego książek pt. “Winning ugly” między innymi o tym też mówi. Jest to garść porad jak poradzić sobie z kimś, kto dysponuje lepszą techniką i większą gamą uderzeń. Tenis to nie jazda figurowa na lodzie czy skoki narciarskie. Tutaj nie ma not za styl. Wygrywasz, to jesteś na topie. Przegrywasz, to musisz odjeżdżać do domu autobusem. Naturalność gry jest czymś, czego absolutnie nie można zmieniać. Zawodnik jest technicznie ustawiony w wieku 11-12 lat. Po tym okresie trzeba pracować nad tym, co stanowi mocną stronę gracza. Zmiana przyzwyczajeń gracza z top10 w wieku 24 lat to brzmi jak absurd. I to się potwierdziło w przypadku Roddicka. Zarówno Goldfine jak i Connors chcieli “usprawnić” jego serwis przez zwiększenie precyzji. Niestety kosztem prędkości. Ruch serwisowy Amerykanina jest bardzo naturalny, nie wyuczony. Dlatego pewnie tak trudno pojąć mu wszelkie nowinki techniczne, usprawniające plasing podania. Kto by się jednak przejmował kierunkiem, jeżeli piłka leci do nas z prędkością bolidu F1, a my mamy 0,2s na reakcję? Nie poradził z tym sobie numer 2, numer 3, jak i cała reszta przeciwników Roddicka w Dubaju. Amerykanin nie dał się przełamać ani razu. Inny serwisowy gigant Ivo Karlovic opiera w całości swoją grę na serwisie. Przełamać jest go bardzo ciężko, choć serwuje średnio 10-15mph wolniej niż Roddick. Czemu zatem nikt nie ustawia Chorwata na przykład na linii końcowej i nie robi z niego Nadala? Odpowiedź jest prosta. To nie jego gra, nie czuje się i nigdy nie będzie się czuł w niej dobrze. Roddick też nigdy nie będzie Federerem i nie sądzę, aby był w stanie regularnie czyścić linie serwisami o prędkości 180km/h. Andy to nie baletnica tylko drwal. Ale za to jaki drwal. Nie ma takiego drzewa, którego by nie powalił, tylko niech nikt mu nie zabiera siekiery i nie każe biegać w baletkach.
Miło znów popatrzeć na Roddicka, który gra mocno, twardo i bezkompromisowo. Jest wirtuozem w tej dziedzinie, a do tego wielu jego przeciwnikom ten styl zwyczajnie nie pasuje. Mawia się, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta… Roddick z pewnością nie jest tym trzecim, jeżeli chodzi o wyścig o pozycję numeru 1 na świecie. Pokazał jednak, że zarówno Nadal jak i Djokovic muszą się coraz częściej oglądać za siebie, jeżeli marzą o zdetronizowaniu Federera. A-Rod tej sztuki z pewnością im nie ułatwi.
