Australian Open 2008 – czyli świeży powiew zmian
Dwa słowa o paniach…
Nikt chyba nie przypuszczał, iż tegoroczny sezon tenisowy rozpocznie się dla nas aż tak szczęśliwie, żeby nie powiedzieć, sensacyjnie. Polski tenis, uznawany dotąd obiektywnie przez nas samych jak i zagranicznych komentatorów za margines, zaścianek i efemerydę światowej karuzeli ATP i WTA, zaistniał na czołówkach relacji i statystyk turniejowych, dzięki – jak na nasze skromne warunki i tradycje – historycznemu sukcesowi Pań - Radwańskiej i Domachowskiej, które osiągnęły wspólnie 1/8 finału turnieju Wielkiego Szlema. Agnieszka dołożyła do tego jeszcze swój pierwszy w karierze ćwierćfinał turnieju tej rangi, w którym co prawda poległa, ale pokonując wcześniej Kuzniecową i Pietrową pokazała, że liczyć się z nią musi i obawiać już praktycznie każda zawodniczka światowego rankingu. Sukces Agnieszki, podkreślmy to jeszcze raz, tym większy jest, iż przecież wychowana została i ukształtowana jako zawodniczka przez ojca-trenera oraz wąskie grono współpracujących i wspierających go osób i instytucji (m.in. Prokom Team Ryszarda Krauze). Nie jest Agnieszka produktem masowej machiny szkół tenisowych Pilica czy Nicka Bolletierego, wyselekcjonowanym z setek tysięcy odbijających piłeczkę dziewczynek, przesiewanych przez kolejne sita eliminujące te mniej zdolne, obdarzone mniej niż olśniewającym talentem, predyspozycjami do piorunującego uderzania piłek z głębi kortu. Nie oszukujmy się, obecny tenis kobiecy to tenis w dużej mierze siłowy, oparty na mocnym, płaskim miotaniu kończących uderzeń. Typowym jego przykładem jest styl Svety Kuzniecowej, Sereny Williams czy Marii Szarapowej, która będąc zresztą w życiowej formie (dowiodła to głównie meczem z J. Henin) turniej ten wygrała. Radwańska na tym tle jest niewątpliwie zjawiskiem odmiennym, nie pasującym do obowiązującego trendu, ale przez to jakże oryginalnym. Nie ma Aga piorunującego ani backhendu ani forhendu, ani szczególnie silnego serwisu, ma za to niebywałą inteligencję tenisową na korcie, zdolność przewidywania, wykorzystywania słabości rywalek, no i siłę psychiczną pozwalającą stanąć do boju jak równy z równym z zawodniczkami znacznie wyżej notowanymi. Oczywiście sceptycy, rodzimi pesymiści, „znawcy” miejscowi tenisa ziemnego, których rzesza w polskiej prasie w ostatnim czasie lawinowo rośnie (do niedawna nikt prawie nie zauważał bytu A. Radwańskiej), wraz z sukcesami Agnieszki, znowu mogą biadać, że w ćwierćfinale Aga ponownie oddała pole bez walki (ja jednak uważam że walczyła), bez błysku. Pamiętajmy jednak, że przestój zdarzył się Agnieszce dopiero, gdy na placu boju zostało 8 najlepszych zawodniczek. W US Open 2007 było to w 1/8, postęp więc jednak jest, może kolejny przestój pojawi się u Agnieszki w ½ a może Finale Rolland Garros 2008? Brakuje jeszcze może regularności, stabilizacji, siły kondycyjnej pozwalającej przetrwać trudy 2-tygodniowego maratonu, ale wierzmy że to z czasem zostanie małymi kroczkami udoskonalone. Jeszcze 15-20 lat temu Agnieszka ze swoim delikatnym, inteligentnym stylem gry miałaby niewątpliwie dużo łatwiejszą drogę do zadomowienia się w pierwszej dziesiątce rankingu WTA. Obecnie jest to sprawa trudniejsza, lecz nie beznadziejna, pamiętajmy o Martinie Hingis, do której Agnieszkę coraz częściej się przyrównuje….
Grzechem byłoby nie wspomnieć o Marcie Domachowskiej, która można by rzec, powróciła z niebytu końca drugiej setki rankingu i osiągnęła największy sukces w dotychczasowej karierze. I oby to dodało jej wiary i pewności w kolejnych staraniach by powrócić być może niebawem do pierwszej 40-stki cyklu.
I Trzy słowa jeszcze o Panach…
Umarł król niech żyje król chciałoby się napisać. Serb - Novak Djokovic był w mej ocenie jedynym zawodnikiem, który w tegorocznym turnieju mógł pokonać Rogera Federera. I dokonał tego! A sposób w jaki to uczynił zrobił na mnie ogromne wrażenie. Dawno (nawet nie pamiętam już kiedy – 5-6 lat temu?) nie zdarzyło się by Federer przegrał w 3 setach w Wielkim Szlemie. Djokovic, porównując jego grę choćby z US Open 2007, kiedy to przegrał w Finale z Fedexem, poczynił niesamowite postępy. Poprawił przede wszystkim serwis, return, crossowe uderzenia z głębi, no i oczywiście wykształcił w sobie jakże przydatną na tym poziomie wtajemniczenia umiejętność wygrywania ważnych piłek, radzenia sobie z presją wyniku i wychodzenia z trudnych sytuacji powstających na korcie w trakcie bojów z takimi gigantami jak Federer. Został więc niewątpliwie Federer złamany, a pobicie w tej sytuacji rekordu Pete a Samprasa 14 zwycięstw w GRAND SLAM (o którym ponoć Roger nie myśli, ja jednak twierdzę że myśli nawet dość mocno – bo i cóż innego mogłoby go jeszcze motywować do gry) staje się zadaniem trudniejszym ni?li dotychczas w środowisku fachowców przewidywano. Momentami półfinał przypominał znacząco piorunujące, epickie boje jakie onegdaj toczyli między sobą Pete Sampras, Jim Courier, czy Andre Agassi.
Jo-Wilfried Tsonga - finałowy przegrany - wniósł również wiele nowego ciekawego do lekko dusznej już atmosfery wielkoszlemowych pojedynków rozgrywanych pomiędzy Federerem a Nadalem. Pozostaje nam i francuskim kibicom wierzyć, że jego obecność w finale turnieju Wielkiego Szlema nie pozostanie jednorazowym incydentem.
Jacek Szok
jacekszok@gazeta.pl

(29.01.2008 o godz. 16:37)
Federer wygrał z Djokovicem w finale US Open.