Agnieszka Radwańska: Po co zmieniać to, co dobre?

Z najlepszą polską tenisistką rozmawiamy, jak przeciwstawić się młodszym, wimbledońskiej rutynie i dlaczego zawsze może być lepiej.

 

Czy to był jeden z najtrudniejszych dla Pani meczów pierwszej rundy Wimbledonu? Szczególnie, że warunki w ogóle nie sprzyjały?

Warunki na pewno nie sprzyjały. Naprawdę nie radziłam sobie w niektórych momentach z tym nieszczęsnym wiatrem. Odpychał mnie on strasznie. Pod wiatr bardzo było mi ciężko się przebić. Ale miałam mnóstwo takich meczów. Kiedyś z Peng w II rundzie. Ale jeżeli chodzi o warunki, to na pewno był to jeden z najtrudniejszych. Ciężko jest się poruszać na trawie. Na pewno piłka się też inaczej odbija. Leworęczne zawodniczki wykorzystują ten atut i docinają uderzenia. Ona ucieka jeszcze bardziej.

Wszyscy polscy tenisiści podkreślali podczas treningów, że po raz kolejny trawa się zmieniła. Pani też odczuła pewną różnicę?

Na pewno w tym roku jest trochę inna, ale z pewnością największą różnicę odczułam, kiedy przyjechałam na trawę w Eastbourne. Kiedy przeszłam z kortu numer dwa na numer jeden. W ogóle dwa zupełnie inne korty, ale kompletnie. Wydaje się, że jeden obiekt, kort dosłownie za płotem, a różniły się absurdalnie. Jeżeli chodzi o gęstość trawy, długość, czy nierówności na nawierzchni. Kiedy grałam z Ostapenko to pierwsze trzy, cztery gemy to było przyzwyczajenie się do nowego kortu. Na pewno tutaj grałam tylko jeden trening, jeden mecz, ale na pewno się od siebie różnią względem zeszłego roku.

 

Mówiła Pani, że w Eastbourne Pani „umierała”. Jak to wygląda teraz? Ze zdrowiem już wszystko w porządku?

 

Jest w porządku. Mięśnie jeszcze dochodzą do siebie. Nie miały jeszcze tyle regeneracji, ile powinny mieć. Ale jestem w jednym kawałku(śmiech) i zdrowia i tutaj wszystko robię, żeby być zdrowa. Ale to jest teraz to jest taki ciąg, nie zwraca się na to jak się czuję, tylko się robi, co trzeba na korcie.

 

Większej ilości meczów pod rząd brakuje, czy po półfinale w Eastbourne to już jest optimum?

 

Takie mecze pomagają. Było ich na tyle, że faktycznie mogłam się rozegrać. I szczerze mówiąc grając te mecze ja nie czułam, że nie grałam praktycznie dwa i pół miesiąca w tenisa. To bardzo szybko zleciało. Może pięć lat temu trochę inaczej bym na to spojrzała, czy inaczej bym to odczuła, ale w tym roku tak zupełnie nie było. Ale zdecydowanie było to dla mnie duże zaskoczenie, że mogę grać od razu praktycznie wyjść i zagrać kilka dobrych meczów, jak w Eastbourne.

 

Jeszcze All England Club i Wimbledon robią na Pani wrażenie, czy już się Pani do tego wszystkiego przyzwyczaiła?

 

Troszkę tak, nie da się ukryć. Gram tutaj przecież już dwunasty raz. Jedyne co się zmienia, to czy to szatnie, czy wystrój. Wszystko jest na pewno nowsze, większe, ładniejsze. Ale tak naprawdę to już jest trochę taka rutyna. Cały czas to są przecież te same korty, te same zawodniczki, przynajmniej w większości. Wiadomo, że dochodzą też te młodsze. Teraz to taki dzień, jak co dzień(śmiech).

A czy w tym półfinale w Eastbourne grała Pani na blokerach, czy wytrzymywała Pani te kolejne spotkania?

Były jeszcze oczywiście środki przeciwbólowe, tabletki, ale nie w półfinale. Gdzieś tam bardziej na początku. Wiadomo, że półfinał był bardzo blisko wygranej. Ale może dobrze się stało, bo przynajmniej miałam jeden dzień więcej na przygotowania do Wimbledonu. A przecież taka Sabalenka przegrała już w I rundzie. Przecież wszystko się odbija pod koniec dnia i to wychodzi. A i tak dzień przerwy to jest naprawdę bardzo mało. Szczególnie po takim wysiłku i tygodniu. Niestety czasem zdarza się, że trzeba za dobry wynik zapłacić cenę w kolejnym turnieju.

 

Czuje Pani, że Pani tenis ewoluuje z roku na rok? Aby zwyciężać nawet z dziewczynami z dalszych pozycji trzeba się cały czas rozwijać. 

 

Oczywiście, że tak. Nie da się radykalnie zmienić stylu, ale można coś polepszyć, próbować coś dodać. I tak właśnie robimy, po to przecież trenujemy. Wiadomo, zależy też kto jest po drugiej stronie siatki. Trzeba próbować coś inaczej, żeby rywalki nie były w stanie przeczytać twoich zamiarów. Ale z drugiej strony całkiem nie da się wszystkiego poprzestawiać. Nie to ciało, nie te lata (śmiech). Nie o to chodzi, bo wiadomo, że pogubiłąbym po drodze pewnie z 90 % innych rzeczy. Tour od zawsze dzielił się na te dziewczyny zbudowane bardziej atletycznie i te technicznie. Tak będzie zawsze. Oczywiście, tenis teraz poszedł ogólnie bardzo do przodu.  Teraz jest dużo szybszy. Na pewno inaczej się grało dziesięć lat temu. Jak wychodziłam na pierwszy mecz to spokojnie mogę powiedzieć, że ja grałam ze trzy razy wolniej niż to jest teraz. Co najmniej! (śmiech). A trzeba pamiętać, że nie gram najszybciej na turze. To diametralna różnica.

 

Rozmawiałem ostatnio z wieloma tenisistkami z touru i zawsze gdy schodzi na Pani temat, to podkreślają, że była, bądź jest Pani dla nich idolką i wspominają pamiętne, zwycięskie mecze. Dziwnie występować w roli tej bardzo doświadczonej koleżanki z kortu, czy już się Pani do tego przyzwyczaiła?

 

My też sobie często opowiadamy z różnymi osobami, który to był kort, jak tutaj była jeszcze stara dwójka na dole. Jakie toczyłyśmy mecze. Ostatnio nawet z Łukaszem (Kubotem – przyp. red.) o tym rozmawiałam. Wspominaliśmy, jak grałam w 2006 roku z Kim Clijsters. Przegrałam ten mecz w IV rundzie 6:2, 6:2. Niby się wydaje, że to przecież było przed chwileczką, a to już jest tyle lat. Fajnie sobie czasem powspominać i poprzypominać, że kiedyś takie coś miało faktycznie miejsce.

Rozmawiał w Londynie: Piotr Dąbrowski